Zainspirowany wskazówkami najsłynniejszego polskiego coacha, Mateusza Grzesiaka, porozsiewanymi po serwisie YouTube, postanowiłem coś zrobić ze swoim życiem. Zabrzmiało nie najlepiej, to prawda — co najmniej tak, jakbym był z niego bardzo niezadowolony. A tak naprawdę nie jest tak źle. Nie czuję, żeby było ono puste, monotonne, nieciekawe czy nic niewarte. Chodzi jedynie o to, że chciałbym (szybciej) rozwijać się w czterech obszarach, o których trochę opowiem.
Doszedłem niedawno do wniosku, że czekanie na chęci, wenę czy nastrój — jakkolwiek nazwać ten warunek, który musi być spełniony, żebyśmy zaczęli się rozwijać — nie ma większego sensu, przynajmniej w moim przypadku. Chęci przeważnie albo nie przychodzą wcale, albo znikają równie szybko, jak się pojawiły. W dodatku są bardzo nieregularne i nieprzewidywalne, więc uzależnianie od nich swojego rozwoju to bardzo niefortunna decyzja. Uznałem zatem, że niezbędne jest stworzenie planu działania, niezbyt wymagającego, by się nie zrazić za szybko, ale na tyle poważnego, by jego wypełnianie dawało jakieś wymierne efekty. Chodzi też o to, że troszkę, ale jednak trzeba się przymusić.
Na własne potrzeby stworzyłem system, który nazwałem: 4 × 30 minut. Liczba 4 oznacza cztery czynności, które chciałbym wykonywać regularnie, każdego dnia, a 30 minut to czas, jaki miałbym przeznaczyć na każdą z nich (oczywiście co najmniej 30 minut, bo nie wykluczam, że czasem coś się może przeciągnąć ponad to). Czynności, o których mowa, to: pisanie (opowiadań, bloga), czytanie książek zalegających na półkach, nauka języka czeskiego i ćwiczenia fizyczne.
Wszyscy piszący wiedzą, że nic tak korzystnie nie wpływa na warsztat pisarski jak regularne pisanie. O czymkolwiek. Mam kilka ciekawych moim zdaniem pomysłów na opowiadania, ale pozostają one jedynie w mojej głowie, bo nie odczułem do tej pory wystarczającego parcia, by przenieść je z głowy do komputera. Czas więc się lekko zmusić! Nie wydam książki dopóty, dopóki jej nie napiszę. Czuję, że warto to zrobić, nawet gdybym te 30 minut miał przeważnie poświęcać na poprawianie jednego akapitu.
Druga czynność to czytanie. Uwielbiam książki i mam ich całe mnóstwo na regałach i półkach, ale trudno mi się zabrać za ich czytanie, bo zazwyczaj są pilniejsze sprawy do załatwienia. Poza tym mój zawód wymaga czytania dużej ilości tekstów, więc po dniu pełnym pracy mam małą ochotę na kolejne czytanie, tym razem dla siebie. Najczęściej czytam więc w pociągach. Co jednak zrobić w sytuacji, gdy pracuję w domu, a studia zaoczne i kurs językowy, na które w miarę regularnie jeździłem pociągami, już zakończyłem? Jakby tego było mało, jestem domatorem, który rusza się z domu niezbyt często. Ktoś kiedyś powiedział, że czyściec polega na tym, iż będzie trzeba przeczytać wszystkie książki, których nie zdążyło się przeczytać za życia. Żeby więc oszczędzić sobie cierpienia, lepiej codziennie przeznaczyć co najmniej 30 minut na czytanie książek.
Kolejna na liście jest nauka języka czeskiego. Tutaj właściwie wszystko jest jasne i chyba nie trzeba specjalnie tłumaczyć się z tego postanowienia. Żeby dobrze nauczyć się języka obcego, trzeba z nim często obcować. Lepszej metody na razie nie wymyślono, a ja nie zamierzam się bawić w eksperymentowanie. Na początku warto nauczyć się tysiąca najczęściej używanych słów w tym języku. Od tego na pewno zacznę. A potem, w dobie Internetu, pomoce do nauki znajdą się zawsze — telewizja, teksty, radio, słowniki. Wystarczy tylko wygospodarować na to czas.
Ostatnią czynnością są ćwiczenia fizyczne. Dawno już minęły te czasy, gdy jako berbeć codziennie biegałem za piłką, a czasem i bez piłki, bo w dzieciństwie niewiele potrzeba, żeby pobiegać. Teraz dostaję zadyszki, gdy muszę podbiec sto metrów na pociąg, albo zakwasów, gdy wniosę parę cięższych przedmiotów na czwarte piętro. Co mógłbym więc robić? Bieganie odpada — parę razy już rozpoczynałem bieganie na dworze, ale kończyło się po paru dniach. Poza tym chyba nie jest to zbyt dobre dla kogoś, kto już tak dawno tego nie robił. Siłownia też odpada — za dużo zachodu jak dla mnie. Co w takim razie zamiast tego? Mam dwa hantle, poza tym jakieś skłony czy pompki da się robić w pokoju. Ponadto spacery. To na początek w zupełności wystarczy, bo w gruncie rzeczy nie chodzi o to, żeby wystartować na igrzyskach olimpijskich czy rzeźbą zawstydzić Pudziana, ale żeby się po prostu poruszać.
Tak oto przedstawia się mój plan, który nazwałem 4 × 30 minut. Czy dam radę wytrwać w jego realizacji? Czas pokaże. Kiedyś pewnie napiszę, co z tego wszystkiego wyszło.