Każdy z nas chyba ma listę filmów, których żałuje, że obejrzał. W końcu te co najmniej półtorej godziny zawsze można było przeznaczyć na coś pożytecznego, a tu takie marnotrawstwo czasu i energii. Poniżej przedstawiam subiektywną listę siedmiu filmów, których nie polecam. Można się zgadzać lub nie, a wszelkie uwagi proszę zostawiać w komentarzach. Będzie mi bardzo miło poznać opinię innych o tych filmach.
Po pierwsze nie polecam filmu Epicentrum (2014). Jest bardzo płytki, nie pozwala związać się emocjonalnie z bohaterami, nie da się nikogo tak naprawdę polubić, żeby potem życzyć mu szczęścia w walce z żywiołem. Moim zdaniem akcja zaczyna się zbyt szybko, nie ma żadnego konkretnego wprowadzenia w to, że nagle zaczynają występować anomalia pogodowe. Naprawdę lepiej po raz siódmy obejrzeć sobie Twister, jeżeli już ktoś bardzo chce zobaczyć film z tornadami.
Po drugie nie polecam filmu Noe. Wybrany przez Boga (2014). Przyznaję się — obejrzałem tylko 20 minut, ale nie mogłem więcej. Wcześniej czytałem w jakiejś recenzji, że wpleciono w tę historię proekologiczne przesłanie, ale nie sądziłem, że to będzie aż tak źle wyglądać. Jeżeli film przez 20 minut nie był w stanie mnie zaciekawić na tyle, bym obejrzał go do końca, to czuję się usprawiedliwiony, że go tak surowo oceniam. Filmu nie polecam, za to polecam książkę — jest dużo lepsza!
Po trzecie nie polecam filmu Legion (2010). To film nieco starszy niż dwa pierwsze, ale gdyby się ktoś kiedyś zastanawiał — obejrzyjcie cokolwiek innego. Ja go zobaczyłem dlatego, że św. Michał Archanioł to ważny dla mnie święty i byłem ciekaw, jak go przedstawią w filmie. Nie będę się nawet czepiał nieortodoksyjnego podejścia twórców do spraw Bożych (Bóg postanawia wymordować ludzi, ale Michał Archanioł staje w ich obronie [sic!]). Nawet jak na widowisko bez wzniosłych treści jest żałośnie i śmiesznie, szczególnie w scenie, w której Michał walczy z innym archaniołem — Gabrielem, strzelając do niego z karabinu. Całe szczęście dla Gabriela, że skrzydła aniołów są kuloodporne.
Po czwarte nie polecam filmu RRRrrr!!! (2004). Film najstarszy z wybranych siedmiu, ale i najgłupszy. Po prostu jeden wielki badziew i strata czasu. Broń Panie Boże przed takimi produkcjami. Jeżeli jednak ktoś już dał się nabrać na zachęty, że niby świetna komedia i ubaw po pachy, i obejrzał film, jest też pozytywna kwestia — cierpienie na ziemi ma moc skracania mąk po śmierci, więc ewentualny pobyt w czyśćcu będzie nieco krótszy. Krótko mówiąc, Monty Python to to zdecydowanie nie jest.
Po piąte nie polecam filmu Miłość w czasach zarazy (2007)… zanim nie przeczyta się książki Gabriela Garcii Marqueza o tym samym tytule. W przeciwnym razie może nawet ten film się komuś spodoba, ale niewątpliwie straci widz doskonałą okazję do zapoznania się z tym — jak to ładnie ujął Jerzy Pilch — „romansem wszechczasów” w całości, spokojnie, nie tak pobieżnie, jak przedstawiono w filmie. A szkoda by było. Mam takie wrażenie, że ktoś, kto kompletnie nie czuje prozy Marqueza, nie będzie umiał odpowiednio odebrać na przykład jednej z pierwszych scen filmu, w której umiera Juvenal Urbino i wyznaje miłość Ferminie Dazie. Brzmi jak tandetna telenowela, ale — właśnie! — tylko dla kogoś, kto nie czytał Marqueza.
Po szóste nie polecam filmu Naprzeciw ciemności (2009). W zasadzie sam jestem sobie winien, że obejrzałem ten film, bo czytając opis fabuły na Wikipedii — „Ludziom zagrażają polujące na nich wampiry. Mistrz Tao (Steven Seagal) dowodzi specjalnej grupie operacyjnej złożonej z byłych wojskowych, która podejmuje walkę z potworami” — i decydując się potem na niego, nie można mieć pretensji do nikogo innego poza sobą. Nie sądzę też, by wiele osób zastanawiało się, czy zaryzykować i przez półtorej godziny podziwiać turlającego się z kąta w kąt Seagala z mieczem. Ale na wszelki wypadek — odradzam, przestrzegam, nie polecam!
I po siódme nie polecam filmu Kochanie, chyba cię zabiłem (2014). To jedyny polski film na tej liście. Nie chodzi mi o to, że był jakoś tragicznie zły. Były może ze trzy momenty, w których się uśmiechnąłem. Powiedzmy sobie jednak szczerze — od dobrej komedii wypadałoby oczekiwać czegoś więcej niż żartów polegających na wplataniu wulgaryzmów do dialogów. Przymknąłbym oko na nieprzekonującą i w ogóle niewciągającą fabułę, gdyby było po prostu zabawniej. Niestety nie było.