Każda ogólna akcja — a do takich zalicza się rozwieszanie billboardów w różnych miejscach — ma to do siebie, że do jednych trafi, a drugim się z różnych powodów nie spodoba. Nie inaczej jest z billboardami informującymi, że konkubinat to grzech, które zawisły w niektórych miastach w Polsce.
Jeżeli chodzi o mnie — katolika — to tego typu billboardy nie wywołują absolutnie żadnych emocji. Traktuję to jak moralny znak drogowy. Co prawda nie mam prawa jazdy, a i na rowerze prawie nie jeżdżę, ale wyobrażam sobie, że gdybym prowadził samochód, to nie rozgrzewałbym się znakiem sugerującym ograniczenie prędkości (chyba że jechałbym o wiele za szybko). Z tego prostego powodu, że zdaję sobie sprawę, iż on nie wisi tam po to, by mnie ograniczać czy obrażać, ale po to, bym nie zrobił sobie poważnej krzywdy.
Gdybym, jak wspomniałem w nawiasie, jechał o wiele za szybko, to taki znak rzeczywiście by mnie poruszył. Przede wszystkim dlatego, że uświadomiłbym sobie, że jeżeli nic nie zrobię, to to się źle skończy. Po to są tego typu znaki.
Rozumiem też, że wiele katolickich głosów przeciwko tym billboardom to jednocześnie głosy w obronie tych, których miałyby one rzekomo obrażać, atakować, ranić czy potępiać. Jeżeli byłbym niewierzący, to na widok takiego billboardu zapewne wzruszyłbym ramionami i poszedłbym robić swoje. Mało to razy dowiaduję się w życiu, że coś tam jest grzechem, błędem czy przejawem głupoty? No właśnie, nie pierwszy i nie ostatni raz. Czym więc się tu jarać?
Jest jeszcze grupa pomiędzy, ni to wierzący, ni to niewierzący — wahający się, szukający i tym podobni. I myślę, że z ich powodu rzeczywiście lepiej byłoby na billboardzie jakoś wpleść informację o tym, że ten grzech — jak zresztą każdy inny, którego się szczerze żałuje — może zostać odpuszczony, jeżeli tylko będzie się go żałować. Z drugiej strony trudno mi uwierzyć, by w tym kraju żył ktoś, kto nie wie, co katolicy robią z grzechami przy konfesjonałach.