— Ale mu napisałem! — stwierdził z dumą Mateusz*, gdy wyłączał komputer. — Teraz już na pewno nie odpisze, bo doskonale wie, że nie ma racji. Argumenty Dawkinsa są nie do podważenia! Jest przecież uznanym naukowcem.
Mateusz po wygranej facebookowej bitwie mógł wreszcie trochę odetchnąć. Wiedział jednak, że na świecie wciąż tylu ludzi nurza się w zabobonach. Oni wszyscy czekają, choć o tym jeszcze nie wiedzą, aż ktoś im otworzy oczy. Jego odpoczynek od walki nie mógł więc być całkowicie spokojny. Nie mógł pozwolić sobie na zbytnie rozleniwienie. Musiał się hartować.
— Żołnierze na wojnach nie odpoczywają! — mobilizował się i usprawiedliwiał swoje chroniczne zmęczenie Mateusz. — Jak ci katolicy mogą być tak ślepi i nie dostrzegać tego, że ich śmieszna religia jest pełna sprzeczności, głupoty i nienawiści? — pytał sam siebie, chociaż odpowiedź znał od bardzo dawna: — Religia to zło, które niszczy samodzielne myślenie.
Odsunął od siebie laptop i wziął swoją ulubioną książkę, by po raz kolejny prześledzić żelazną argumentację mistrza, Richarda Dawkinsa. Pospiesznie przebiegał wzrokiem po literach — tok rozumowania przedstawiony na kartkach tej książki znał doskonale, chciał jedynie go sobie odświeżyć, żeby jutro być gotowym do obrony przed atakami nierozsądnych adwersarzy. Ni stąd, ni zowąd jednak w jego umyśle pojawiła się pewna myśl. Najpierw próbował nie zwracać na nią uwagi i skupić się jedynie na treści książki, ale po kilku chwilach stała się na tyle duża, że już nie mógł jej zignorować.
— Zaraz, zaraz… Coś mi tu nie gra — stwierdził z niepokojem Mateusz.
W dyskusjach, które prowadził, był agresywny i niesamowicie pewny siebie. Niczym mityczny Thor, walczył młotem miażdżącym każde żenujące twierdzenia przeciwników, to fakt, ale w głębi duszy, której — jak mu się wydawało — nie miał, starał się być człowiekiem uczciwym intelektualnie. Potrafił nawet dostrzec słabe i wątpliwe punkty w wywodach tak zwanych nowych ateistów, ale nie mówił o tym głośno. Chyba tylko dzięki temu był w stanie teraz zadać sobie to pytanie i pójść za nim, dokądkolwiek poprowadzi:
— Czy przypadkiem i ja nie jestem wierzącym?
Słowa te zabrzmiały w jego głowie dziwacznie. Mateusz aż się uśmiechnął, gdy pomyślał o tym, że w stosunku do siebie użył tego śmiesznego słowa na „w”, którym określać przecież należy słabsze jednostki, prymitywne, nieumiejące pogodzić się ze znikomością własnego istnienia, których głupota i brak elementarnej wiedzy pchają do zabobonów. To wszystko prawda, ale po raz drugi uczciwość nie pozwalała mu na tym poprzestać i zaczął podążać za swoją myślą.
W tej samej chwili z pokoju obok dobiegł głos jego taty:
— Mateusz, kładź się spać! Jutro musisz wcześniej wstać do szkoły.
— Tak, tato! Zaraz się położę — odpowiedział mechanicznie chłopak.
No właśnie, o to chodzi — tato! Mateusz siedział nieruchowo, jakby bojąc się, że każdym kolejnym drgnięciem swojego ciała może zaburzyć to ledwo tlące się uczucie, że rzeczywistość jest głębsza, niż mu się wydawało.
— W pokoju obok — mówił do siebie Mateusz — siedzi facet, którego nazywam tatą. Oddałbym za niego życie, ale przecież nie wiem, czy on naprawdę jest moim biologicznym ojcem. Nigdy nie robiliśmy badań DNA. Po prostu wierzę w to, i to tak mocno, że nie potrzebuję nawet dowodów.
Mateusz przerwał i spojrzał na książkę, która leżała przed nim na biurku. Zaczął dalej rozwijać swoją myśl:
— Ta książka została napisana przez Dawkinsa, a przetłumaczona przez niejakiego Szwajcera. Ale czy ktoś pokazał mi jakieś dowody na prawdziwość tego? Nie znam angielskiego aż tak dobrze, by stwierdzić, że tłumacz dobrze wywiązał się ze swojego zadania, ale byłbym w stanie przysięgać na swoje życie, że Dawkins uważa to i tamto, bo tak przeczytałem w tłumaczeniu Szwajcera.
Mateuszowi podniosło się ciśnienie, a oddech przyspieszył. Chłopak czuł, że to nie idzie w dobrą stronę. Jeszcze parę chwil temu, gdy nokautował jakiegoś katotaliba, miał wrażenie, że stoi na najwyższej górze świata. Potem zrobił coś dziwnego — dwa kroki myśli w nieznanym kierunku i okazało się, że zaczyna zbiegać po zboczu w stronę, której nie przewidział. A teraz zatrzymać się nie sposób, bo nogi już nie słuchają głowy.

* Mateusz to — przepraszam wszystkich Mateuszów — najbardziej ateistyczne imię świata: w nim bowiem zawiera się wyraz „ateusz”.