— Jest jeszcze teoria ewolucji. — Mateusz liczył, że pozwoli mu ona wyhamować i wrócić do poprzedniego stanu, kiedy był pewny prawdziwości swoich przekonań. Zadrżał jednak, bo uświadomił sobie pewien fakt: — Jaka teoria ewolucji? Jestem przecież uczniem liceum, o teorii ewolucji wiem tylko tyle, ile przeczytam w książkach. Nigdy nie badałem żadnych skamielin, nie mówiąc już o tym, że nie miałem okazji widzieć ogniw pośrednich. Nawiasem mówiąc, któż je widział?
Jego heroizm niewątpliwie polegał na tym, że ciągle próbował kontrolować bieg po zboczu, ale każda rozpędzona komórka jego ciała krzyczała, że na to jest już za późno.
— To wszystko, co wiem o ewolucji, jest jedynie wiarą. Wiarą w to, że ludzie, którzy się nią zajmują, robią to rzetelnie i poprawnie. Że pisząc o swoich odkryciach, nie kłamią, nie naciągają faktów, by pasowała do ich poglądów, ani nie próbują przedstawiać swoich luźnych domysłów jako pewników. Wreszcie wierzę tłumaczom, dzięki którym mogę te książki czytać po polsku. A także swoim oczom, którymi obserwuję rzeczywistość, a potem swojemu rozumowi, który zebrawszy dane, wyciąga wnioski. Tyle tu stopni i wszędzie… wiara!
Mateusz z niedowierzaniem zamknął leżącą przed nim książkę Dawkinsa. Jej błyszcząca okładka rzuciła odblask lampki nocnej na jego twarz i przez chwilę go oślepiła. Tak właśnie się teraz czuł — był oślepiony jakimś światłem, którego nie potrafił określić, ale które wręcz podpaliło niewzruszone do tej pory fundamenty jego poglądów.
— Byłem gotów bronić prawd, które zostały mi objawione, których nie zbadałem osobiście, które przyjąłem ze szczerą ufnością dziecka. A przecież za to samo karcę religijnych głupców! Byłem gotów prowadzić intelektualne krucjaty w obronie boskości rozumu, ale nie dostrzegałem, że wszystko to dzięki wierze, którą mam, a która jest tak silna, iż wielu chrześcijan mogłoby mi jej pozazdrościć. Byłem gotów wyśmiewać się z tych, którzy swoje życie oparli na jakichś bajdurzeniach, a sam codziennie opieram je na zwyczajnej wierze.
Chłopak wstał od biurka i wolno skierował się do łóżka. Gdy się położył, zdołał wyszeptać, jakby wbrew temu, czym był i co uważał jeszcze dziesięć minut temu:
— O mój Boże…