Przy okazji tych świąt Wielkiejnocy powraca do mnie kilka myśli, które krążą nade mną niemal od zawsze, a w takich lub podobnych okolicznościach spadają niczym myszołów na niczego niespodziewającą się zdobycz. Nie pamiętam już, które z nich gdzieś podsłyszałem lub podczytałem, a do których doszedłem sam. Choć i tak głowy nie dam, że tak całkiem sam. Zresztą to nie ma większego znaczenia.
Po pierwsze był kiedyś pewien wódz Franków — Chlodwig, który gdy usłyszał pierwszy raz historię ukrzyżowania Chrystusa, wykrzyknął: „Ach, gdybym ja tam był wraz z moimi Frankami!”. Ja już dawno przestałem myśleć, że gdybym przeniósł się dwa tysiące lat wstecz, to na pewno byłbym wśród tych niewielu ludzi, którzy starali się jakoś pomóc Jezusowi w Jego ostatnich chwilach przed śmiercią. Jakoś mam dziwne wrażenie, że byłbym albo wśród tych, którzy tchórzliwie zwiali spod krzyża (to i tak dużo lepsza opcja), albo głosowałbym za uwolnieniem Barabasza. A twierdzę tak dlatego, że prawie codziennie zwiewam spod krzyża lub wybieram przeciwko Chrystusowi — z jakiej racji więc akurat wtedy miałoby być inaczej?
Po drugie ktoś kiedyś pięknie powiedział, że nawet gdybym był jedyną osobą na świecie, to Chrystus dałby się za mnie ukrzyżować. To ukazuje Jego nieskończoną miłość do mnie i do każdego człowieka — to prawda. Jednak jest w tym też pewien niezwykle bolesny cierń, który każe mieć na uwadze to, że gdybym ja był tą jedyną osobą na świecie, to musiałbym wtedy osobiście skazać i zamordować Chrystusa. Dochodzę więc do prostego, acz trudnego do przyjęcia wniosku, że miłość Boga sprawia, iż bezwzględnie trzeba uznać własną niegodność tego wszystkiego, co dla mnie zrobił. Ona obnaża to, jacy jesteśmy naprawdę.
Po trzecie im dłużej rozmyślam o krótkiej rozmowie Jezusa Chrystusa z dwoma łotrami ukrzyżowanymi obok Niego, tym większą mam potrzebę uznać dobrego łotra, czyli św. Dyzmę, za jednego ze swoich patronów. Ten człowiek prowadził raczej mało pobożne życie, a sądząc po tym, jak umierał, należy się domyślać, że uczynił w nim wiele zła. I wystarczyło jedno zdanie tuż przed śmiercią, żeby został kanonizowany przez samego Zbawiciela — to pierwszy święty! Oczywiście nie jest to zachęta do byle jakiego życia, by na moment przed jego końcem wypowiedzieć magiczne słowa i dostać się do nieba. Jest to dla mnie jedynie krzepiąca wiadomość, że nasz Pan zauważa nawet najmniejsze odruchy dobra w naszym sercu. I czasem tylko one nam pozostają.
Święta Wielkiejnocy uświadamiają mi przede wszystkim dwie rzeczy: jestem cholernie mały i zepsuty, ale co najważniejsze — jest Ktoś, kto do ostatniego mojego tchnienia będzie czekał na choćby jedno słowo czy poruszenie serca wyrażające żal i tęsknotę za Bogiem.