Przyznam szczerze, że gdy zdecydowałem się napisać o akcji 100 dni dla Syrii, w pierwszej chwili miałem pokusę, by podzielić się tym niezwykłym uczuciem, które wypływa z faktu bycia ważną częścią łańcucha czy sztafety modlitwy. Chciałem przedstawić swój udział w akcji jako stanie na straży modlitwy o pokój w Syrii, dzielne podtrzymywanie jej i podanie dalej. Tak pomyślałem na samym początku, ale potem zawstydziłem się z powodu swojego egocentryzmu, ponieważ tu w ogóle nie chodzi i nie powinno chodzić o mnie. A zamiast o swoich odczuciach lepiej napisać, co jeszcze można zrobić.
W wielkim skrócie: Akcja 100 dni dla Syrii polega na tym, że przez sto dni bez przerwy prowadzona jest modlitwa o pokój na Bliskim Wschodzie. Przed akcją każdy, kto zgłosił chęć udziału w niej, otrzymał konkretną godzinę w konkretnym dniu i w tym czasie miał za zadanie modlić się o pokój w tamtym regionie. Ja już swoją godzinę przemodliłem i podałem pałeczkę dalej. Oczywiście żeby modlić się za Syrię, nie potrzeba zapisywać się do żadnych akcji. Najważniejsze jest jednak, żeby coś robić.
A że coś zrobić trzeba, nie mam najmniejszych wątpliwości. My w Europie, chociaż niezbyt sprzyjającej wierze, a szczególnie w Polsce, mamy i tak warunki, o których inni wierzący mogą jedynie pomarzyć. Być może ktoś mnie wyśmieje za to, że jestem katolikiem. Być może nawet ktoś mnie zwolni z pracy za to, że nim jestem i nie chcę działać wbrew swojej wierze. Nikt jednak tutaj nie zamierza mi obciąć głowy i filmu z egzekucji wrzucić na serwis YouTube. Przyzwyczailiśmy się jednak do naszego względnego spokoju, nie zdając sobie sprawy, że chrześcijaństwo jest najbardziej prześladowaną religią świata i musimy coś z tym zrobić. Gdy sobie człowiek to uświadomi, nagle nasze własne problemy staną się mniejsze. Wzrośnie także wewnętrzna potrzeba działania. A można to wykorzystać na wiele sposobów.
Podziwiam szczerze tych, którzy z własnej woli decydują się walczyć w obronie chrześcijan w Syrii. Widać w tym pewne odrodzenie ducha krucjat, tym razem od dołu. Krucjaty — przypomnę tym, którzy nie mieli tego w szkole na historii — wyruszyły do Ziemi Świętej, by między innymi bronić chrześcijan i w ogóle całej Europy przed muzułmanami. Dzięki krucjatom Stary Kontynent dziś nie jest islamski, bo w porę zatrzymały one marsz Półksiężyca na Rzym. Podziwiam także tych, którzy jadą tam, by nieść konkretną pomoc poszkodowanym, i narażają swoje życie. Tym bardziej ich podziwiam, że sam jestem chyba zbyt tchórzliwy, by zdecydować się na aż taki krok. Jednak nawet tchórze mogą zrobić kilka rzeczy, by choć odrobinę pomóc naszym braciom w wierze. Oprócz wspomnianej na początku akcji modlitewnej można wpłacić pieniądze na organizacje zajmujące się niesieniem pomocy na miejscu. Jedną z nich jest na przykład Pomoc Kościołowi w Potrzebie, organizacja pomagająca nie tylko chrześcijanom, ale także muzułmanom. Gorąco zachęcam, by zrobić choćby jeden mały gest, którego normalnie byśmy z różnych względów nie zrobili: pomodlić się, wpłacić parę złotych, kupić coś w sklepie PKwP, uwrażliwić kogoś na ten problem, napisać o tym na swoim blogu i tym podobne.
Zdaję sobie sprawę, że wypisałem tu wiele banałów. Może to i lepiej, bo tu nie chodzi o piękne ujęcie problemu i zachwycenie innych nietypowym, oryginalnym spojrzeniem. To wszystko jest do bólu proste: ludzie giną za to, że wierzą w Chrystusa, i trzeba coś zrobić.