W filmach o superbohaterach widzę realizację czegoś, co Bertold Brecht zawarł w stwierdzeniu, że nieszczęśliwy jest kraj, który potrzebuje bohaterów. Można by więc go sparafrazować, mówiąc, że nieszczęśliwy jest świat, w którym ciągle chce się oglądać superbohaterów. A że taka potrzeba niewątpliwie istnieje, świadczą o tym rekordy finansowe bite przez kolejne blockbustery związane z komiksowymi herosami. W poniższej recenzji filmu Avengers: Czas Ultrona będzie kilka niewielkich spoilerów, ale nie będę całkowicie odkrywać tego, o czym napiszę.
Tony Stark (Iron Man) boi się powtórnej inwazji kosmitów i stara się zbudować system chroniący naszą planetę. W ten sposób powstaje Ultron. Jak się jednak okazuje, Ultron — jako sztuczna inteligencja — dochodzi do wniosku, że największym zagrożeniem jest człowiek i to jego trzeba wyeliminować. Dzieło zniszczenia będą próbowali zatrzymać Mściciele. Tak w skrócie wygląda nieskomplikowana i łatwa do przewidzenia fabuła najnowszego filmu z superbohaterami Marvela.
Warto na początku omówić kwestię długości filmu, który trwa mniej więcej 2 godziny i 20 minut. Przed seansem wydawało mi się to wystarczająco długo, ale teraz twierdzę, że mogli dorzucić 40 minut, albo chociaż połowę tego. W filmie bardzo dużo się dzieje, jest mnóstwo akcji, pojedynków i przełomowych momentów. Często czułem, że brakuje jakichś scen pomiędzy. Może więcej spokojnych rozmów bohaterów, które przygotowywałyby bardziej widza na to, co będzie dalej, lub wypełnienia pewnych luk w fabule, które niestety są odczuwalne. Przede wszystkim ucierpiała na tym ewolucja Ultrona, przebiegająca bardzo szybko i skokowo — w jednej scenie jest rozklekotany i bezwładnie zwisa mu ręka, by paręnaście minut później — nie wiadomo jak i skąd — pojawił się w postaci dobrze ukształtowanego i sprawiającego wrażenie potężnego robota. I to chyba największy z minusów tego filmu.
Jeżeli chodzi o pozytywy, to na pewno są nim nowe postaci — Scarlet Witch, Quicksilver i Vision, które wnoszą powiew świeżości i wzmacniają ciekawość co do dalszych wydarzeń w uniwersum Marvela. Scarlet moim zdaniem bije na głowę Czarną Wdowę urodą, a pięknych kobiet nigdy za wiele. Ultron z kolei, mimo że jest robotem, zaskakuje doskonałym poczuciem humoru. Najbardziej spodobał mi się jego żart, gdy podczas gromadzenia vibranium — najtwardszego metalu w świecie Marvela, z którego zrobiona jest między innymi tarcza Kapitana Ameryki — stwierdził, że to najmocniejszy materiał, a ludzie go marnują, bo zrobili sobie z niego frisbee (aluzja do tarczy Kapitana właśnie).
W filmie były dwa bardzo zaskakujące momenty. Pierwszy to ten, gdy okazuje się, że jednak jest ktoś poza Thorem, kto potrafi podnieść Mjolnir (wrażenie jest mocne o tyle, że dzieje się to, gdy nikt się niczego podobnego nie spodziewa, czyli nagle, bez żadnej zapowiedzi typu: „Uwaga, uwaga! Patrzcie na mnie, bo będę dźwigał!”). W sali kinowej dało się wyczuć zaskoczenie, a jednocześnie rozbawienie reakcją samego Thora. Drugi moment jest wtedy, gdy jeden z herosów… ginie. Nie żebym był jakoś specjalnie łasy na śmierć w filmach, ale wydaje mi się, że frajda z oglądania Avengersów jest dużo lepsza, kiedy nie będzie pewności, że wszyscy superbohaterowie będą żyć długo i szczęśliwie. To jest według mnie o tyle ważne, że za rok do kin wejdzie Captain America: Civil War i nie wyobrażam sobie, by tam nikt nie zginął.
Podsumowując, uważam, że dla fanów Marvela jest to oczywiście pozycja obowiązkowa. Mnie się podobało, choć naprawdę byłoby dużo lepiej, gdyby film był nieco dłuższy, ale za to bez wrażenia zbyt dużych skoków w fabule. Są widowiskowe pojedynki i mnóstwo akcji, czyli wszystko to, co powinien zawierać tego typu film. Polecam z czystym sumieniem!