Siedziałem na ławce na peronie czwartym, gdy przysiadł się do mnie pewien człowiek. Wyglądał trochę na bezdomnego, trochę na kogoś, kto po prostu żyje niespiesznym tempem, a trochę na człowieka, który mógł osiągnąć wiele, ale z jakichś powodów tego nie zrobił. Mężczyzna przywitał się ze mną kulturalnie, uprzejmie zapytał, czy może się dosiąść, po czym zaczął się zwierzać, nie zważając na moje zdziwienie tą sytuacją:
― Jest pan jeszcze młody, więc nie wiem, czy mnie pan zrozumie, ale mam w sobie taki ból, że chciałbym go komuś opowiedzieć, bo robi się to dosyć nieznośne dla mnie.
Mam wystarczająco własnych bólów, pomyślałem w pierwszym odruchu, ale z drugiej strony dobrze wiem, że zamknięcie jadaczki i posłuchanie innego człowieka daje korzyści obu stronom tej duchowej niemalże wymiany.
― Czy nie przeszkodziłem panu? ― zapytał nieznajomy. ― Widzę, że czyta pan jakąś książkę…
― To nic ciekawego ― odpowiedziałem jak najbardziej szczerze i schowałem do torby ledwo napoczętą literaturę. ― Jak mogę panu pomóc? ― zapytałem.
― Wie pan… ― Mężczyzna usadowił się na ławce tak, jakby miał zamiar snuć swoją opowieść co najmniej kilka godzin. ― Należę do ludzi, którzy niechętnie zwierzają się innym. Zobaczyłem jednak pana i poczułem, że jest pan w podobnie nieszczęśliwej sytuacji. Zgadza się?
― W pewnym sensie tak ― odpowiedziałem zaskoczony tym, że to aż tak po mnie widać. ― Zwierzanie się innym to czynność często dosyć nieprzyjemna, ale czasem trzeba to zrobić, żeby nie zwariować.
― To prawda. Mam już prawie pięćdziesiąt pięć lat, a pan pewnie dwa razy mniej. Wiele rzeczy mnie przeraża, ale najbardziej jedna. Kiedy byłem mały, chciałem być superszybkim biegaczem i dość długo trwałem przy tym marzeniu. Z czasem jednak zacząłem je traktować mniej poważnie i zająłem się szkołą i studiami. Kiedy miałem dwadzieścia lat, zdałem sobie sprawę, że na bycie zawodowym biegaczem ― i w ogóle jakimkolwiek sportowcem ― jest już za późno. Fakt jest taki, proszę pana, że jeżeli w wieku dwudziestu lat nie biega pan w zawodach i nie pracuje w żaden sposób nad tym, to należy zacząć szukać innego pomysłu na życie. Podobnie jeżeli w wieku trzydziestu lat zdaje pan sobie sprawę, że nie skończył medycyny, ani nawet nie zaczął jej studiować, to o byciu lekarzem można już zapomnieć, bo trudno byłoby nadrobić stracony czas. Chodzi mi o to, że z roku na rok zamykają się możliwości, które były wcześniej. Bywa, że jest to zamknięcie z wielkim hukiem.
Słuchając nieznajomego, kiwałem potakująco głową, bo uznałem, że mówi dosyć sensownie.
― W starzeniu się nie same dodatkowe lata są straszne ― powiedział ― ale to, że dodając kolejną świeczkę do tortu, przekreśla się na wieki wieków wiele z opcji, które były jeszcze do niedawna możliwe do wyboru, na zuchwałe wyciągnięcie ręki. Każdy wybór to jednocześnie odrzucanie ― chyba Chesterton twierdził coś podobnego, lub kto inny równie mądry. Nie wiadomo, które z wyjść byłoby lepsze, ale wiadomo, że to, iż już nie można ich brać pod uwagę, czasem cholernie boli. A przynajmniej mnie boli, kiedy o tym myślę.
Mężczyzna na moment przerwał. Sprawiał wrażenie, jakby szukał kolejnego przykładu, który dodatkowo ubarwi wywód i uargumentuje jego poglądy.
― Jak wspomniałem, mam już niecałe pięćdziesiąt pięć lat. Naprawdę trudno przyjąć mi do wiadomości i zaakceptować to, że już nigdy nie poderwę nastolatki ― powiedział i roześmiał się. ― Mówię tu tylko o zdrowych relacjach oczywiście.
Uśmiechnąłem się za nim. Pomyślałem, że chyba rozumiem jego punkt widzenia, ale nie odezwałem się, bo czułem, że to jeszcze nie koniec.
― Proszę pana ― kontynuował nieznajomy ― proszę nie myśleć, że zamierzam pana teraz pouczać, by zawsze wybierał dobrze, żeby w przyszłości nie musieć żałować odrzuconych dróg. To byłoby strasznie nieżyciowe z mojej strony i bardzo protekcjonalne, a tego wolałbym uniknąć. Raczej chciałbym panu powiedzieć, że cokolwiek pan wybierze, to w przyszłości nie uniknie poczucia, że można było wybrać lepiej. Cokolwiek pan wybierze, odrzuci pan tysiące innych mniej lub bardziej rozsądnych opcji i nigdy nie dowie się, czy któraś z nich nie byłaby lepsza niż ta wybrana. Trzeba się z tym pogodzić, a to ― może mi pan wierzyć na słowo ― bardzo boli. Musi boleć, ponieważ z każdym rokiem z duszy odrywa się jakiś mały fragment, który można było wykorzystać wcześniej, i już nigdy go nie odzyskamy. Malejemy wewnętrznie, kurczymy się, a nasze ciało tylko dostosowuje się do tego, co dzieje się w środku.
Pokiwałem smutnie głową na znak, że zrozumiałem jego spostrzeżenia, ale nie miałem raczej ochoty tego komentować.