― Jeżeli mówimy o bólu, to nie można nie wspomnieć o kobietach. Byłem kiedyś z pewną dziewczyną. Była naprawdę urocza i ładna. Do dziś uważam, że była najlepszym, co przytrafiło mi się w życiu. Byliśmy ze sobą ponad rok ― powiedział nieznajomy, a potem zrobił coś, co już mu się podczas tej rozmowy parę razy zdarzyło zrobić, czyli spojrzał w dal. Tym razem z lekkim uśmiechem, tak jak człowiek, który wyszukuje w pamięci najprzyjemniejszych chwil swojego życia, żeby choć w myślach móc je przeżyć na nowo. Następnie dodał: ― Zwiedzaliśmy razem świat. Podróżowaliśmy, nie mając praktycznie niczego, i kochaliśmy się, gdy tylko mieliśmy na to ochotę. Szaleliśmy i zbieraliśmy wspomnienia. Pisaliśmy do siebie długie listy, mimo fizycznej bliskości, i rozmawialiśmy całymi nocami. Rozumieliśmy się doskonale i równie doskonale się uzupełnialiśmy. Mieliśmy dosyć poważne plany i wspólne marzenia, które chcieliśmy realizować jedno po drugim. Tego, proszę pana, nie da się kupić. To się wygrywa od życia, ale podejrzewam, że nieczęsto. Była jedyną osobą, którą chciałem wpuścić w swój świat tak głęboko, jak tylko to możliwe. Może nie od razu, ale powoli dojrzewałem do tego.
Czułem się dziwnie, mając świadomość, że ten człowiek zwierza mi się z rzeczy, których nie opowiada się pierwszym lepszym osobom napotkanym na dworcu. Nieznajomy, nie dając mi okazji do głębszej refleksji, ciągnął dalej swoją opowieść:
― Nasz związek był dość udany. Bywały oczywiście drobne nieporozumienia czy niezgodności w oczekiwaniach względem siebie, ale nie aż takie, by pod ich wpływem poważniej chwiało się to, co było między nami. W takich sytuacjach kształtują się mocne potem małżeństwa ― ścierając się nawzajem i zmieniając. To w pewnych kręgach nazywa się wzrastaniem do świętości. Pan jest bardzo młody, więc proszę to zapamiętać, bo teraz, w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, widzę dopiero, jak ważna to zasada i że cholernie dużo od niej zależy. Moja dziewczyna po pewnym czasie jednak nie chciała się już w to angażować. Stwierdziła, że nie będzie ze mną szczęśliwa, bo mam w sobie cechy, które teraz przeszkadzają jej tylko trochę, ale za kilka lat będą ją doprowadzać do szału. Nie wiem, jak bardzo się wtedy myliła, ale myliła się na pewno. Była kimś, dla kogo chciałem stać się lepszy i kogo chciałem uszczęśliwiać. Potrzebowałem jedynie jej ciepłej cierpliwości, żeby dać jej to, czego oczekuje. Wydawało mi się to najnormalniejszą rzeczą w tak zwanym byciu z kimś.
Nieznajomy zamyślił się, jakby analizując to, co do tej pory powiedział.
― Nie oczekuję, że wczuje się pan w moje przeżycia ― powiedział nagle. ― Proszę sobie jednak wyobrazić moje cierpienie, które z tego wynika. Gdy ktoś tak bardzo bliski odrzuca to, jaki jesteś, a nawet ― co boli dużo bardziej ― to, jaki mógłbyś być. Z powodu jednej rzeczy, pojedynczej wady lub niedoskonałości, choćby i była poważna, odrzuca całą resztę, czyli tak naprawdę całego ciebie, a nawet to, że możesz spróbować się zmienić, że możesz podjąć pracę nad sobą i nad związkiem i że chcesz to zrobić. Po tamtym rozstaniu długo dochodziłem do siebie. Do dziś, gdy tylko o tym pomyślę, wzbiera we mnie żal połączony z tęsknotą, bo ciągle za nią tęsknię. To było coś więcej niż rozstanie. Prawdopodobnie wtedy nastąpił zwrot w moim życiu, od którego dzień po dniu malało we mnie pragnienie zdobywania czegokolwiek. Wiele już panu powiedziałem, ale powiem jeszcze to, że gdy skreśla mnie człowiek, którego w ogóle nie znam, spływa to po mnie jak po kaczce. Gdy skreśla mnie natomiast ktoś, z kim budowaliśmy coś wspaniałego i kto mnie kochał, to aż rozrywa się moje serce, bo jak to tak? Kiedy ktoś zna mnie dość dobrze i stwierdza mimo wszystko, że nie warto dla mnie się postarać, nie warto na mnie czekać, nie warto mnie motywować, wtedy inaczej zaczynam postrzegać samego siebie. I nie jest to spojrzenie pozytywne ― tyle mogę panu powiedzieć, choć zapewne się pan tego domyśla.
Mężczyzna posmutniał. Chciałem coś dodać, podrzucić jakąś dobrą radę, ale co ja, dwa razy młodszy od niego człowiek, mógłbym w tej sytuacji doradzić? „Proszę się nie martwić, będzie dobrze!”? „Głowa do góry, jeszcze wszystko przed panem!”? Wolałem to przemilczeć, bo czasem lepiej się nie odzywać.
Mężczyzna zauważył, że właśnie zareagowałem na zapowiedź pociągu, który ma za chwilę wjechać na peron czwarty. Wziął głęboki oddech, którym chciał najwidoczniej zakończyć wątek dotyczący kobiet i rozstań, a także bólu i cierpienia, o których mi tyle opowiadał.
― Widzę, że już się pan zbiera. Powiem więc panu jedno: Wydaje mi się, że pan jest podobny do mnie. Jest pan cichy, co już zdążyłem zauważyć, i niepozorny. Proszę nie zrozumieć mnie źle, ale uważam, że żyje pan jakby obok życia. Ja też tak robiłem w pana wieku.
― Chyba coś w tym jest. ― Nie były to moje pierwsze słowa, które wypowiedziałem do nieznajomego, ale miałem wrażenie, że właśnie teraz odezwałem się pierwszy raz, bo mój głos wydawał mi się dziwnie nienaturalny.
― No właśnie ― odpowiedział mężczyzna.
Podniosłem się z ławki, ponieważ pociąg właśnie wjeżdżał na zapowiedziany tor, i zapytałem:
― Czy jedzie pan też tym pociągiem?
― Nie, ja jadę w zupełnie inną stronę ― odpowiedział.
Pożegnaliśmy się więc i ruszyliśmy w swoje światy. Przez całą tamtą podróż, która trwała wystarczająco długo, by przemyśleć całe życie, miałem dziwne odczucie, że nawet jeżeli jedziemy w różne strony, to przez to, że Ziemia jest okrągła, i tak wylądujemy w tym samym miejscu.