Każdy z nas przynajmniej raz w życiu był zaczepiony na ulicy i poproszony o pieniądze. Nie mówię tu o dresiarzach, których prośba z reguły nie znosi odmowy, ale o bezdomnych czy biednych, a często też pijanych. Bywa, że te trzy cechy idą ze sobą w parze. Pojawia się tu odwieczne pytanie: dawać czy nie dawać? Słyszałem różne odpowiedzi i zapoznałem się z różnymi pomysłami, jak zachować się w takiej sytuacji. A moja prywatna filozofia charytatywna wyrasta między innymi z dwóch poniżej opisanych historii.
W tekście pod tytułem 50 faktów o mnie wspomniałem, że najlepszy komplement w swoim życiu otrzymałem od bezdomnego (?) na dworcu PKS w Bielsku-Białej. Było to bardzo zimne wrześniowe przedpołudnie. Gęste i brudne chmury szczelnie zasłoniły niebo nad bliskim mojemu sercu Podbeskidziem. Od wieczora dnia poprzedniego bez przerwy lał deszcz. Było naprawdę chłodno, myślę, że może z 7, góra 10 stopni Celsjusza. Czekałem ze swoją ówczesną dziewczyną na autobus, gdy podszedł do nas brodaty i siwy mężczyzna. Był ubrany w cienką koszulkę z krótkim rękawem i okrywał ramiona niewielkim ręcznikiem. Powiedział, że wraca z Austrii do domu w Gdyni. Po drodze jednak dał się okraść i prosi o dwa złote, bo brakuje mu do karty do telefonu, a chciałby zadzwonić. Nie wiem, ile w tym było prawdy, ale uznałem, że jest tak cholernie zimno, że nawet jeżeli ma te pieniądze wydać na wino, to niech się przynajmniej chłopina tym rozgrzeje. Dałem mu więc pięć złotych. On wtedy powiedział, że jak przyjadę do domu, to mam powiedzieć mamie, że pachnie ode mnie człowiekiem.
Druga historia działa się na dworcu PKP w Katowicach (to było na długo przed jego przebudową). Przyglądałem się akurat tablicy z godzinami przyjazdów i odjazdów pociągów. Kątem oka zauważyłem zaniepokojonego faceta, który dosyć nerwowo liczył drobniaki. W pewnym momencie podszedł do mnie i powiedział, że jedzie do Opola, kupił sobie wodę i zorientował się, że brakuje mu 90 groszy do biletu. Zapytał, czy bym mu nie dołożył. Sprawiał wrażenie uczciwego — schludnie ubrany, normalna torba na ramieniu, czysty, trzeźwy. Niczym nie odróżniał się od standardowego podróżnego. Dałem mu te pieniądze, on podziękował i rozeszliśmy się w pokoju. Następnego dnia byłem na tym samym dworcu i szedłem w tłumie nieistniejącą już kładką nad przystankami autobusowymi. W pewnym momencie przede mną zauważyłem tego samego faceta, tak samo liczącego drobne pieniądze. Podniósł głowę i zaczął mówić, że brakuje mu… po czym chyba zorientował się, że dzień wcześniej mnie zaczepił, i szybko odszedł. Nie należę do ludzi, którzy będą robić w takiej sytuacji cyrk na dworcu, więc po prostu poszedłem swoją drogą, myśląc o tym, co się stało.
Nie mam żadnych wątpliwości, że w taki czy inny sposób każdy z nas jest zobowiązany do pomagania innym. Poza wszelką dyskusją jest dla mnie też to, że nie powinno się wspierać kogoś finansowo, gdy jest pewność lub solidne przypuszczenie, że te pieniądze zostaną przeznaczone na złe rzeczy, na przykład alkohol (sam w sobie zły nie jest, ale w nadmiarze — tak). W innym przypadku, gdy na przykład autentycznie ktoś jest przekonany, że pieniądze zostaną wydane właściwie, sumienie powinno być czyste — ja dałem pieniądze na bilet, więc mam dobry uczynek, a co z nimi zrobiła ta osoba, to już sprawa jej sumienia. A najlepiej jest, zamiast pieniędzy, dać po prostu to, o co ludzie proszą, czyli jedzenie, doładowanie do telefonu, ciepłą herbatę lub bilet do Opola czy dokądkolwiek chcą jechać, lub wspierać sprawdzone i pewne inicjatywy i organizacje charytatywne. Wtedy można z czystym sumieniem nie rozdawać pieniędzy wszystkim, którzy o to proszą na ulicy.