Właściwie codziennie jesteśmy zasypywani informacjami o uchodźcach z Afryki czy Bliskiego Wschodu, którzy próbują się przedostać do Europy. Zachodni świat głowi się, co tu z nimi zrobić i jak zaradzić temu problemowi. Polska, na szczęście dla nas, jest i tak w lepszej sytuacji, bo imigranci tutaj nie zamierzają zostawać. Jeżeli za naszą zachodnią granicą wypłacają taki socjal, że pracować nie trzeba, to kto normalny chciałby się tutaj męczyć?
Jest dla mnie oczywiste, że my, jako Europa, powinniśmy pomóc tym ludziom. I nawet nie dlatego, że bardzo się do takiego stanu rzeczy przyczyniliśmy, obalając władze Iraku czy Libii, co w konsekwencji doprowadziło do powstania tak zwanego Państwa Islamskiego. To wynika głównie z naszej chrześcijańskiej tożsamości, która nakazuje pomagać bliźniemu w potrzebie. Nie widzę więc żadnego problemu w tym, żebyśmy jako Polska przyjęli do siebie chrześcijańskich uchodźców.
A co z muzułmanami? ― mógłby ktoś zapytać. Z jednej strony pomoc okazywana drugiemu człowiekowi nie powinna zważać na wyznawaną przez niego religię, ale z drugiej strony całkowicie rozumiem obawy, że wśród muzułmanów mogą kryć się przedstawiciele tak zwanego Państwa Islamskiego ― co zresztą sami zapowiadali ― którzy później będą stanowić dla nas duże zagrożenie. Mimo wszystko myślę, że możemy skutecznie pomóc, w ten czy inny sposób, także muzułmanom, którzy uciekają przed śmiercią.
Warto zauważyć, że ja jako jednostka nie jestem w stanie pomóc wszystkim, bo to przekracza moje możliwości ― to oczywiste, więc muszę kogoś wybrać i to wcale nie oznacza, że pozostałych mam głęboko gdzieś. Pojedyncza fundacja czy organizacja nie może pomóc wszystkim, więc musi doprecyzować grupę, na rzecz której zamierza działać, żeby robić to efektywnie. Całe państwo także nie ma możliwości, by pomóc wszystkim potrzebującym na świecie. Siłą rzeczy więc musimy dokonać jakiejś selekcji. Nie jest to przyjemne, bo tu chodzi o ludzkie cierpienie i życie, ale wydaje mi się, że dzięki temu pomożemy lepiej i rozsądniej, niż gdybyśmy stwierdzili, że przyjmujemy wszystkich, jak leci. Musimy wziąć pod uwagę nasze możliwości i ograniczenia. Każdy z nas, gdy zabiera się za dobroczynność, robi taką właśnie selekcję, wybierając według jakichś kryteriów, komu pomoże, a komu nie, więc jeżeli ktoś obruszył się na powyższe słowa, to proszę najpierw przyjrzeć się swojemu podejściu do pomagania.
Nie mam jednak żadnych wątpliwości, że najważniejszą rzeczą, jaką powinniśmy zrobić, jest sprawienie, by ludzie nie musieli uciekać z terenów, na których w tej chwili nie mogą spokojnie żyć. Niestety wydaje mi się, że można tego dokonać jedynie za pomocą czołgów i samolotów. Potrzebny byłby ruch podobny do krucjat, a więc ruch militarny w obronie między innymi chrześcijan na Bliskim Wschodzie. Może sobie pisać Piotr Żyłka z portalu DEON.pl, że jego Bóg „nie chce krucjat”, ale to brzmi trochę tak, jakby próbował mówić Polakom we wrześniu 1939 roku, że jego Bóg nie chce przemocy, więc należy nie stawiać oporu w wojnie. Krucjaty bowiem nie wyszły z Europy do Ziemi Świętej dlatego, że papież postanowił wyrżnąć inaczej wierzących ludzi, tylko dlatego, że islam zagrażał chrześcijanom i całej Europie.
G. K. Chesterton napisał kiedyś:
Słuchając osób potępiających krucjaty, można zaiste odnieść wrażenie, że krzyżowcy napadli na jakieś cichutkie i niewadzące nikomu plemię ze środkowego Tybetu, o którym świat nigdy przedtem nawet nie słyszał. A przecież na długo przed tym, nim pierwsza krucjata dotarła do Jerozolimy, muzułmanie dotarli niemal do wrót Paryża. Krzyżowcy o mały włos a zdobyliby Palestynę, lecz muzułmanie o mały włos a zdobyliby Europę. […] W istocie krucjaty stanowiły kontratak. Krzyżowcy byli armią obronną, która dla odmiany przejęła inicjatywę i odparła wroga daleko do jego własnych siedzib.
Istnieje koncepcja wojny sprawiedliwej, stworzona przez św. Augustyna i rozwijana później przez między innymi św. Tomasza z Akwinu, która wyznacza pewne obiektywne kryteria, jakie musi spełnić wojna, by mogła być uznana za sprawiedliwą (chętni mogą znaleźć w Internecie odpowiednie opracowania). Wojowanie w wojnie sprawiedliwej nie jest żadną przyjemnością ani czymś, czym należałoby się napawać. Jest jedynie smutną koniecznością. Istnieją bowiem w życiu sytuacje, kiedy pojawia się konieczność obrony słabszego, nawet jeżeli wiąże się to z zastosowaniem przemocy. Z pewnością Bóg wolałby, byśmy żyli w zgodzie i nie stosowali przemocy, ale jeżeli widzę, że jest krok od tragedii, a napastnik nie rozumie innego języka niż przemoc, to nie wierzę, że Bóg byłby przeciwko, gdybym w obronie słabszego miał ją zastosować w granicach rozsądku i odpowiednio do sytuacji.