Swego czasu bardzo lubiłem dyskutować na blogach i forach z ateistami, antyklerykałami, lewicowcami i tym podobnymi na temat religii i wiary. Wydawało mi się, że obalając argumenty strony przeciwnej, można przekonać do chrześcijaństwa tych, którzy mają jakieś zarzuty wobec niego. Teraz myślę, że to działa inaczej. Nie uważam, żeby takie dyskusje były czasem straconym, a przynajmniej nie wszystkie ― jestem jednak zdania, że nie służą one przekonaniu tych, z którymi dyskutujemy, bo po takiej dyskusji nikt nie zmieni swojego poglądu. Chodzi co najwyżej o osoby postronne, które śledzą wymianę argumentów i, co ważniejsze, chciałyby wierzyć. Ta chęć uwierzenia jest istotna i zaraz wyjaśnię, o co mi chodzi.
Na pewno każdy zetknął się kiedyś z osobą, która starała się kreować na bezstronnego, obiektywnego racjonalistę, na zimno i bez uprzedzeń przyglądającego się wszystkim dostępnym dowodom, potem podejmującego decyzję na ich podstawie i intelektualnie zmierzającego tam, dokąd one prowadzą, nawet jeżeli jest to dla niego kierunek nieprzyjemny. Pomijam fakt, że niesamowicie trudne ― o ile w ogóle możliwe ― jest podejście do jakiejkolwiek kwestii bez pewnych założeń, które mniej lub bardziej świadomie wsadziliśmy sobie do głów. Żyję wystarczająco długo, by nie brać na poważnie osób, które udają, że tak podchodzą do zagadnienia wiary bądź niewiary. Być może na świecie jest parę osób, które z czystym sumieniem mogą widzieć w sobie racjonalnych poszukiwaczy prawdy. Większość z nas jednak daleka jest od tego ideału.
Człowiek nie jest maszyną i patrząc na tę samą rzecz, dwoje ludzi może widzieć coś zupełnie innego. No bo jak to możliwe, że cuda Jezusa Chrystusa widziało wiele osób i dla jednych był Bogiem, a dla drugich ― diabłem; jedni po rozmowie z Nim opuszczali swoje bezpieczne środowiska i dali się zamordować za Niego, a drudzy ― skazywali Go na śmierć i przybijali gwoździe? Wszyscy patrzyli na tę samą osobę, na te same czyny i te same ich skutki. Podobnie będzie z każdym innym dowodem czy cudem. Święty Tomasz z Akwinu pisał, że „ani cud, ani przekonanie nakłaniające do wiary nie jest skuteczną przyczyną wiary, wszak wśród patrzących na ten sam cud i przysłuchujących się temu samemu kazaniu jedni wierzą, inni nie wierzą”.
Określając, czym właściwie jest akt wiary, Akwinata pisze, że „to czynność rozumu, godzącego się na coś z nakazu woli”. Wola więc jest tym, co decyduje, a nie rozum, jak chcieliby ci, którzy bardzo często niesłusznie uważają się za racjonalistów. Z wolą jest ― jak wszyscy wiemy ― tak, że może być odporna na racjonalne argumenty. Oczywiście wola może zostać zainspirowana jakimś argumentem, doświadczeniem, przeżyciem lub ideą, a nawet uczuciem, ale to ona jest glebą, na którą pada ziarno łaski, z którego potem wyrasta drzewo wiary.
Prawda o człowieku jest taka, że jeżeli chce on w coś wierzyć (w to, że Bóg istnieje, lub w to, że Bóg nie istnieje), to znajdzie sobie argumenty na potwierdzenie swoich wierzeń. Zakładam ― bo tak podpowiada doświadczenie ― że osób, które nie chcą wierzyć, jest zdecydowanie więcej niż tych, które uczciwie i rzetelnie przeanalizowały dowody i na ich podstawie stwierdziły, że nie wierzą. Ateistów proszę teraz o niegorączkowanie się, bo podobnie jest też z drugą stroną ― wśród wierzących zdecydowanie więcej jest takich osób, które chcą wierzyć, niż takich, które wierzą dzięki analizie dostępnych danych. Wszelkie „dowody” są jedynie późniejszą nadbudową. Bywają lepsze i gorsze i rzeczywiście czasem mogą sprawiać wrażenie, że to one o czymś zdecydowały lub coś zdeterminowały.
Wynika z tego rzecz następująca: Kiedy kończy się dzień, kiedy słońce zachodzi za majaczącym horyzontem, zostajesz sam ze sobą. Kończysz teologiczne dyskusje, odkładasz na półkę argumenty za i przeciw, wszystkie naturalnie nie do odparcia. Zamykasz rozpoczęte w szale dyskusji cytaty Dawkinsa i Hitchensa z jednej strony, a z drugiej ― D'Souzy lub C. S. Lewisa. Zostajesz zupełnie sam, nagi, nie mogąc liczyć na niczyją pomoc. Porzucasz naiwną religię lub porzucasz smutny racjonalizm. Zdajesz sobie sprawę, że jesteś skończony, to znaczy śmiertelny i mały. W tej wieczornej atmosferze końca zdajesz sobie sprawę, że niedługo wszyscy, jak tu stoimy lub siedzimy, umrzemy. Być może nic nie będzie mieć wtedy znaczenia poza jednym pytaniem, o które rozbijało się całe twoje życie: Czy chciałeś wierzyć?