Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że kiedy mówię o sobie, często podkreślam, że jestem introwertykiem. To prawda, lubię się do tego przyznawać, a nawet więcej — lubię bardzo swoją introwertyczność. Spotkałem się jednak z zarzutami, że określając siebie w ten sposób, szufladkuję się i mocno ograniczam. Niektórzy twierdzą nawet, że istnieje także obawa, że będę potem na siłę dopasowywać swoje zachowanie w różnych sytuacjach do tej definicji, żeby tylko nie zaburzyć wizji siebie samego jako introwertyka.
Ja widzę to trochę inaczej. Wiadomo, że nie ma stuprocentowych ekstrawertyków i stuprocentowych introwertyków. Gdyby ktoś taki istniał, najpewniej wylądowałby w wariatkowie. Nie da się jednak ukryć, że ja jestem introwertykiem w jakichś 75–90 procentach. Zrobiłem kiedyś test z książki Marti Olsen Laney zatytułowanej Introwertyzm to zaleta, który polega na przeczytaniu 29 twierdzeń i odpowiedzeniu na nie: „prawda” lub „fałsz”. Im więcej „prawd”, tym bardziej się jest introwertykiem. Ja zdobyłem 24 lub 25 punktów, więc uważam, że mam święte prawo do określania się jako typowy introwertyk. Ekstrawertyzmu jest we mnie naprawdę mało, na tyle mało, by nie musieć o nim wspominać, gdy określam swoją osobowość.
Oczywiście cały czas, gdy mowa jest tu o introwertyzmie, mam na myśli — uwaga, uwaga! — introwertyzm, a nie jakąś niechęć do ludzi, nieumiejętność wchodzenia w relacje i budowania ich, depresję, fobię społeczną, chorobliwą nieśmiałość czy coś innego, równie nieprzyjemnego. Wymienione powyżej rzeczy nie są introwertyzmem! Ja, jak każdy zdrowy facet, mam znajomych i przyjaciół, bywam w związkach z dziewczynami, wychodzę z domu, udzielam się towarzysko, lubię rozmawiać z ludźmi (przez internet i na żywo), poznaję nowe osoby, śmieję się i jestem lubiany przez dużą część mojego otoczenia. Warto było to dodać, żeby było jasne, że nie chodzi mi o żadne skrajne i uciążliwe zachowania alienacyjne, tylko o zwyczajny i zdrowy introwertyzm, czyli jeden z możliwych typów temperamentu. 
Zacznę od tego, że introwertykiem jestem od zawsze i będę nim do końca życia. Nie wymyśliłem się takiego, jakim jestem, wczoraj czy przedwczoraj. Już w przedszkolu i wczesnej podstawówce widziałem, że nie ciągnie mnie do spędzania wolnego czasu w taki sposób, jak lubiła go spędzać większość moich znajomych. Byłem bardziej wyciszony niż oni, bardziej skłonny do refleksji i zamyślenia. Szybko się męczyłem podczas spotkań w większym gronie. Na wycieczki czy dyskoteki klasowe wybierałem się zawsze pod lekkim przymusem, bo nie wypadało się aż tak alienować, ale do dziś pamiętam to rozkoszne uczucie, kiedy wieczorem wracałem po nich do domu, zamykałem się w cichym pokoju i mogłem w końcu odpocząć od hałasu, nadmiaru bodźców i mało interesujących pogawędek ze wszystkimi na około. Sam na sam z własnymi myślami. Wtedy jeszcze sądziłem, że jest ze mną coś nie tak, bo nie bawi mnie to, co — jak podejrzewałem — bawić mnie powinno.
Mniej więcej w liceum dowiedziałem się z jakiegoś testu, że mam osobowość introwertyczną, ale się tym za bardzo nie zainteresowałem. Był to czas, kiedy w dalszym ciągu udawałem, że nie jestem introwertykiem. Odrzucałem zaproszenia na Sylwestra, kłamiąc, że naturalnie bardzo chętnie bym przyszedł, ale mam już plany — oczywiście towarzyskie! — i niestety nie dam rady. Podobnie reagowałem na zaproszenia co bardziej rozrywkowych kolegów na piątkowe wyjścia do pubów na piwo. Bo co miałem niby powiedzieć? Że największą przyjemność w piątkowy wieczór sprawia mi posiedzenie w domu, czyli obejrzenie filmu, poczytanie książki, ewentualnie pogranie w Gothic II: Noc Kruka? Przecież to byłby wizerunkowy samobój dla nastolatka!
Teraz jestem już dorosły. Wiem, co sprawia mi przyjemność, a co jest dla mnie uciążliwe, i dlaczego tak się dzieje. Nie widzę też powodu, żeby tego nie komunikować. Dowiedziałem się, czym jest introwertyzm i że jest to zupełnie naturalna sprawa, tak jak naturalne jest to, że mam piwne oczy i szczupłą sylwetkę. Kiedy ktoś mówi mi, że powinienem częściej wychodzić z domu lub częściej widywać się z ludźmi, odpowiadam pytaniem: „A dlaczego?”. Dlaczego cztery wyjścia z domu w tygodniu są czymś gorszym niż wychodzenie z domu po trzy razy dziennie? Dlaczego odbywanie siedmiu spotkań ze znajomymi w tygodniu ma być lepsze niż odbywanie w tym czasie dwóch spotkań?
Nie można wartościować tych zachowań i określać, które z nich samo w sobie jest lepsze lub gorsze. Ludzie jednak bardzo często oceniają innych, przyjmując siebie za normę. „Nie wyobrażam sobie dnia bez spotkania ze znajomymi, weekendu bez wyjścia do baru i poznawania nowych ludzi, więc to strasznie dziwne, że ciebie to nie bawi. Powinieneś coś ze sobą zrobić!” Otóż nie powinienem, bo wszystko ze mną jest jak najbardziej w porządku. Co najwyżej mogę, jeżeli będę miał taką ochotę lub uznam, że jest mi to do czegoś potrzebne. A to jest ogromna różnica!
Ktoś mógłby powiedzieć, że „OK, jesteś, jaki jesteś, ale powinieneś spróbować przekroczyć samego siebie, swoje ograniczenia i potrzeby — tak dla zasady, żeby otworzyć się na nowe doznania i wyjść do ludzi”. Zawsze na to odpowiadam, że ja przecież się otwieram na nowe doświadczenia, otwieram się na nieznane mi wcześniej bodźce i wychodzę do świata, ale robię to rzadziej niż na przykład ekstrawertycy. Czy to źle? Nie ma żadnej normy, która by wskazywała, że raz w tygodniu należy zrobić coś, czego się jeszcze nigdy w życiu nie robiło, że raz na tydzień trzeba poznać nową osobę, bo inaczej nie jest się w pełni człowiekiem. A co jeżeli będę poznawał jedną nową osobę co trzy miesiące? A co jeżeli swoje osobowościowe bariery decyduję się przekroczyć raz na pół roku? Czy żyję zbyt wolno? Zbyt wolno według czego lub kogo? Czy w Sèvres stoi jakiś wzorzec szybkości życia i przeżywania go? Jeżeli tak chcę żyć i tak jest mi dobrze, to nie widzę najmniejszego powodu, by musieć to zmieniać.
Jak wspomniałem na początku, polubiłem swój introwertyzm. Inny nie będę, więc warto, żebym dobrze znał siebie i wiedział, jak funkcjonuję i dlaczego. Niewątpliwie pomoże mi to w życiu. Dzięki temu, że na przykład wiem, w jaki sposób najlepiej i najwydajniej pracuję, mogę z większą świadomością kierować swoim życiem zawodowym, a co za tym idzie — będę bardziej usatysfakcjonowany ze swojego życia, a więc po prostu szczęśliwszy. Wygląda to mniej więcej tak: Bardzo lubię język polski, lubię też pisać i czytać. A jako introwertyk dużą uwagę zwracam na detale, jestem bardziej spostrzegawczy niż inni i najbardziej odpowiada mi praca w samotności, bez częstego kontaktu z innymi ludźmi. Idealnym rozwiązaniem dla mnie jest więc bycie korektorem! Wykorzystałem swoje predyspozycje i poszedłem w tę stronę — założyłem działalność gospodarczą, która daje mi komfort pracy w domu i robienia tego, w czym jestem naprawdę dobry.
Ma to także swoje plusy, jeżeli chodzi o moje życie towarzyskie. Po ośmiu godzinach pracy z ludźmi prawdopodobnie wieczorem miałbym tylko jedno marzenie: „Niech wszyscy zostawią mnie samego!”. Teraz natomiast, po całym dniu pracy w samotności, bywa, że lubię dokądś wieczorem wyjść lub spotkać się ze znajomymi, co zdarza się na pewno częściej, niż gdybym miał mniej introwertyczne zajęcie. Mógłbym oczywiście stwierdzić, że w ramach przekraczania siebie znajdę pracę z ludźmi, żebym mógł ćwiczyć otwieranie się na innych, ale wychodzę z założenia, że światu zdecydowanie bardziej przyda się dobry korektor niż średni pracownik działu obsługi klienta.