„Ewangelizator” — jest to słowo, które do niedawna jeszcze przywodziło mi na myśl osobę odważnie wychodzącą do ludzi, energiczną, otwartą na innych, gotową, by komuś obcemu natychmiast zaoferować pomoc czy rozmowę, oczywiście bez kompleksów mówiącą o Chrystusie, najlepiej głośno i wyraźnie. Prawdę powiedziawszy, idealnym ewangelizatorem według mnie był ktoś, kto robił mniej więcej to samo co świadkowie Jehowy, czyli chodził od drzwi do drzwi, i głosił obcym Dobrą Nowinę. Gdyby to był jedyny sposób na ewangelizowanie, to nie ma co ukrywać — introwertyczni katolicy mieliby przekichane. Na szczęście nie jest!
A przekonanie o jedynosłuszności takiego stylu ewangelizowania może prowadzić do smutnych konsekwencji. Susan Cain w książce pod tytułem Ciszej proszę… opisuje przypadek Adama McHugh, introwertycznego pastora, który w pewnym momencie stwierdził nawet, że Bogu nie podoba się to, iż nie potrafi być tak entuzjastyczny w wierze jak jego koledzy po fachu, w związku z czym pewnie pójdzie do piekła. Trzeba wiedzieć, że amerykański ewangelikalizm, na przykład w wydaniu Saddleback Church, propaguje właśnie ofensywny sposób głoszenia Dobrej Nowiny. Można wręcz mówić tam o kulcie ekstrawertycznego ewangelizatora. Dla nich ekstrawertyzm jest warunkiem wstępnym dobrego i skutecznego przywództwa, także religijnego. Twierdzą oni, że nie głosząc Chrystusa przechodzącej obok osobie, tracisz szansę na wyciągnięcie jej duszy z piekła (swoją drogą, protestanci zdecydowanie zbyt łatwo wysyłają tam ludzi…). Pastor ewangelikalny ma być więc ekstrawertykiem zarażającym entuzjazmem, a parafianie powinni spotykać się w swoich grupach, spędzać razem czas, uczestniczyć w wielu programach i tak dalej. Od samego pisania o tym środowisku czuję się wyczerpany!
U nas, czyli w polskim Kościele katolickim, nie jest jeszcze aż tak źle, chociaż do ideału, jak się przekonamy, też trochę brakuje. Żeby dokładniej móc na ten temat coś powiedzieć, postanowiłem przeprowadzić ankietę wśród ponad trzydziestu moich wierzących znajomych. Bez sugerowania, o co chodzi, poprosiłem ich o krótką odpowiedź na pytanie „Jaki powinien być według ciebie idealny ewangelizator?”. Termin „ewangelizator” jest oczywiście bardzo szeroki. Dla mnie to ktoś, kto w jakikolwiek sposób próbuje innych przyciągnąć do Jezusa Chrystusa (powinien być nim każdy świadomy swej wiary katolik). Zaznaczyłem, że w pytaniu chodzi głównie o cechy osobowościowe, charakter czy temperament. Każdą odpowiedź, którą otrzymałem, przyporządkowałem do jednej z czterech grup: 1. Ekstrawertyczny; 2. Introwertyczny; 3. Trochę taki, trochę taki; 4. Nie ma to znaczenia. Odpowiedź odesłały mi 24 osoby. Oto wyniki:
  1. Ekstrawertyczny: 8 osób, czyli 33,3% (główne wymieniane cechy: otwarty, charyzmatyczny, energiczny, nieflegmatyczny, świetnie przemawiający, niebojący się wychodzić do ludzi).
  2. Introwertyczny: 2 osoby, czyli 8,3% (główne wymieniane cechy: łagodny, wytrwały, spokojny, skłonny do wysłuchania, nienachalny i niegadatliwy).
  3. Trochę taki, trochę taki: 7 osób, czyli 29,2% (główne wymieniane cechy: introwertyczne — taktowny, słuchający, rozumiejący, wrażliwy; ekstrawertyczne — otwarty na drugiego, wygadany, energiczny, komunikatywny, charyzmatyczny).
  4. Nie ma to znaczenia: 7 osób, czyli 29,2%.
Widzimy więc, że z bezpośredniego starcia między ekstrawertykiem a introwertykiem zwycięsko (8 do 2) wychodzi ten pierwszy — wyniki wyraźnie wskazują, że w powszechnej świadomości lepszym ewangelizatorem będzie osoba, która jest otwarta na innych, energiczna i wygadana, niż ktoś spokojny i uważnie słuchający rozmówcy. Warto także zauważyć, że jest spora grupa ludzi, którzy uważają, że albo temperament nie ma znaczenia, bo każdy może ewangelizować po swojemu, albo idealny ewangelizator to połączenie introwertyka z ekstrawertykiem (ewentualnie ktoś leżący pośrodku na skali między obiema skrajnościami) — w sumie takich odpowiedzi było 14, czyli 58,4%. Susan Cain w swojej książce cytuje pewnego wysokiej rangą duchownego, który przestrzegając przed zatrudnianiem proboszczów introwertyków, stwierdził: „Jestem pewien, że nasz Pan był ekstrawertykiem”. Trudno o większą bzdurę! Mnie się raczej wydaje, że Chrystus był właśnie doskonałym połączeniem intro- i ekstrawertyka. Żaden ekstrawertyk nie wytrzymałby czterdziestu dni na pustyni (towarzystwo diabła się nie liczy, bo co to za towarzystwo?).
Myślę, że całościowe wyniki mimo wszystko dobrze o nas, o katolikach z tej części świata, świadczą. Większość z nas chyba zdaje sobie sprawę z mnogości i różnorodności wyzwań, przed jakimi stoją wszyscy katolicy chcący głosić Ewangelię, a różnorodne wyzwania wymagają przecież różnorodnych sposobów podejścia. Są oczywiście potrzebni ewangelizatorzy zarażający entuzjazmem, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości, ale od pewnego czasu zaczynam głosić pogląd, że są także potrzebni tacy, którzy zarażą spokojem, ponieważ światu w tej chwili bardzo go brakuje.
Ten temat zaciekawił mnie głównie z tego powodu, że przez długi okres, podobnie jak wspomniany na początku Adam McHugh, miałem poczucie, że mój introwertyczny sposób przeżywania wiary, a w konsekwencji także ewangelizowania, nie jest do końca właściwy i że lepiej by było, gdybym próbował się nieco „zekstrawertyzować”. Moje badanie pokazało, że więcej niż co trzeci pytany o ten problem uważa, że ekstrawertyk bardziej nadaje się na ewangelizatora niż introwertyk, ale ja sam już przestałem myśleć w ten sposób. Stało się tak, kiedy postanowiłem lepiej zrozumieć zagadnienie introwertyzmu — od tego momentu nie traktuję go w kategoriach wady. Zacząłem natomiast dostrzegać w sobie „introwertyczne zalety”, które można wykorzystać w różnych obszarach życia. A dzięki temu, że mamy pełen przekrój temperamentów w Kościele, możemy prowadzić ewangelizację na setki sposobów, dobierając środki stosownie do okoliczności, czyli na przykład introwertyków posyłając tam, gdzie lepiej sprawdzi się introwertyczny namysł nad rzeczywistością niż ekstrawertyczna energia.
Dobrze byłoby tak właśnie się z tym problemem mierzyć, bo w życiu nie chodzi o stawanie się kimś, kim nie jesteśmy i nigdy nie będziemy. Oczywiście ja jako introwertyk mógłbym próbować się dopasować do ekstrawertycznego modelu ewangelizowania, ale będzie to uciążliwe i frustrujące, podejrzewam, że i dla mnie, i dla osoby, której chciałbym głosić w ten sposób Dobrą Nowinę. Poza tym po co próbować robić coś, co inni zrobią zdecydowanie lepiej? Jest wielce prawdopodobne, że osiągnąłbym wtedy gorsze rezultaty, niż gdybym do ewangelizacji użył tego, co jako introwertyk mam do dyspozycji w introwertycznym arsenale, i doskonalił te właśnie cechy. Powinniśmy — tu zwracam się głównie do introwertyków — wykorzystać nasze introwertyczne zalety na chwałę Bożą, zamiast starać się sprostać zaleceniom, które zostały wymyślone tak naprawdę dla kogoś innego. Wiele ze współczesnych programów ewangelizacyjnych takich jest.
Co ciekawe, w Piśmie Świętym można znaleźć historię, która sugeruje, by każdy z nas korzystał z posiadanych już zdolności, a nie próbował dopasowywać się do proponowanych modeli, w tym wypadku ewangelizacyjnych, które już na pierwszy rzut oka będą wymagać czegoś więcej niż tylko nieobciążającej praktyki. Mam na myśli scenę tuż sprzed potyczki Dawida z Goliatem (1 Sm 17):
Saul ubrał Dawida w swoją zbroję: włożył na jego głowę hełm z brązu i opiął go pancerzem. Przypiął też Dawid miecz na swą szatę i próbował chodzić, gdyż jeszcze nie nabrał wprawy. Po czym oświadczył Dawid Saulowi: „Nie potrafię się w tym poruszać, gdyż nie nabrałem wprawy”. I zdjął to Dawid z siebie. Wziął w ręce swój kij, wybrał sobie pięć gładkich kamieni ze strumienia, włożył je do torby pasterskiej, którą miał zamiast kieszeni, i z procą w ręce skierował się ku Filistynowi.
Jak ta historia się skończyła, wszyscy wiemy — Dawid uderzeniem kamienia z procy zabił Goliata. Gdyby jednak wyszedł do boju w zbroi, którą założył na niego Saul, pewnie by przegrał, bo nie mógłby się swobodnie ruszać. Ten fragment pokazuje, że może być tak, iż nie pasujesz do jakichś proponowanych ci metod walki (ewangelizacji). Nie powinieneś jednak z tego powodu nabierać przekonania, że coś jest z tobą nie tak, że twoja wiara nie jest wystarczająco silna, a Bóg na pewno szykuje dla ciebie przytulny kącik w piekle, tuż obok innych introwertyków, którzy nie potrafili zaczepiać przypadkowych ludzi na ulicy. Być może zostałeś stworzony, by działać w inny sposób i odpowiadać na inne potrzeby współczesnego człowieka. Z tego właśnie względu powinieneś przyjrzeć się swoim cechom i talentom — a jakieś na pewno w sobie masz — by znaleźć coś, co pozwoli ci realizować wolę Bożą najlepiej, jak jesteś w stanie. A w jaki sposób ewangelizować mogą introwertycy? O tym w następnym tekście z tej serii!