Introwertyk czasem może odnieść wrażenie, że nie pasuje nie tylko do tego świata, który w wielu dziedzinach promuje ekstrawertyzm, ale także do Kościoła. Na szczęście, co spróbuję za chwilę wykazać, nie jest to prawda, bo Kościół — nasza wspaniała Matka — jest na tyle pojemny, że zmieści się w nim zarówno skrajny ekstrawertyk, jak i skrajny introwertyk. Każdy znajdzie coś dla siebie, bez konieczności dostosowywania się do nienaturalnego dla siebie środowiska. Problemem jest tu zresztą nie tyle Kościół, ile sposób myślenia niektórych ludzi, którym wydaje się, że istnieje tylko jeden doskonały model przeżywania wiary i dochodzenia do Boga — ich własny.
Introwertyzm, jak pokazałem w jednym z poprzednich wpisów, nie jest niczym złym, a więc można śmiało założyć, że nie jest żadną skazą czy wadą, którą otrzymało się w spadku po grzechu pierworodnym Adama i Ewy i którą należałoby teraz próbować naprawiać. Naturalnie introwertyzm nie sprawia, że człowiekowi żyje się lżej w ekstrawertycznym świecie, ale — umówmy się — na przykład uczciwość także tego nie ułatwia, a często wręcz przeciwnie, więc lekkość życia nie może być żadnym wyznacznikiem. Można za to powiedzieć, że Bóg po prostu nas takimi stworzył, bo tak chciał. A gdy stworzył, widział, że byliśmy dobrzy. Tak sobie to pięknie wymyślił!
Będąc katolikiem — nieważne, czy intro-, czy  ekstrawertycznym — koniecznie trzeba sobie i Bogu zadać w pewnym momencie pytanie o powołanie. Kim mam być? Co mam robić? W jaki sposób realizować wolę Bożą w swoim życiu? Bardzo często boimy się zadawać te pytania. Ekstrawertycy czują, że Bóg będzie kazał im się zamknąć w klasztorze, zrezygnować z najmniejszych nawet przyjemności tego świata i całe noce biczować się różańcem, wynagradzając Mu za grzechy ludzkości. Introwertycy z kolei boją się, że Bóg pewnie wymyślił dla nich zadanie polegające na podróżowaniu po egzotycznych rejonach kuli ziemskiej, spotykaniu się z niezliczoną rzeszą ludzi, ewentualnie przewodzeniu dużym grupom religijnym i częstym publicznym przemawianiu. Nie powinniśmy jednak tak do tego podchodzić!
Jedno z pierwszych pytań, które należy sobie zadać, gdy rozeznajemy powołanie, brzmi: W czym jestem dobry? A nawet: Co daje mi największą satysfakcję w życiu? Tak na chłopski rozum: Jeżeli Bóg przygotował dla mnie jakąś drogę, to na pewno wyposażył mnie w odpowiedni zestaw cech i talentów, żebym — po pierwsze — chciał z własnej woli na tę drogę kiedyś wejść, po drugie — żebym czuł, że znalazłem swoje miejsce na ziemi, a po trzecie — żebym dobrze i z sukcesami wykonywał zadanie, które dla mnie przygotował. Niezwykle rzadko zdarza się, że Bóg na jakąś misję powołuje osobę, która kompletnie do tego nie ma predyspozycji. Wiadomo, dlaczego tak robi — objawia swoją moc, pokazuje, że tu nie chodzi o człowieka, ale o Niego, który jest w stanie dokonać rzeczy niemożliwych, czyli na przykład sprawić, że introwertyk będzie świetnym publicznym ewangelizatorem. Możesz być jednak pewny, że jeżeli ty będziesz tym szczęśliwcem, to Bóg się do ciebie z odpowiednią wiadomością przebije. A zanim to nastąpi, powinieneś lepiej rozeznać, w czym w tej chwili jesteś dobry i do czego się w tej chwili nadajesz.
W Kościele katolickim mamy do dyspozycji mnóstwo różnych form kultu i doskonalenia duchowego. Nie wszystkie pasują do każdego i o tym trzeba pamiętać. Introwertyk, co jest najzupełniej zrozumiałe, może być lekko przerażony, jeżeli trafi na religijne spotkanie, na którym wszyscy tańczą, śpiewają, chwytają się za ręce i są — z jego punktu widzenia — otwarci na siebie tak, że aż widać ich wnętrzności. To nie jest naturalny sposób ujawniania emocji, a także swojej wiary, dla introwertyka. On będzie się tam jedynie męczyć. Trudno mówić o spotkaniu z Bogiem, gdy ciągle się myśli, jak się po cichu ewakuować. Gdybym ja trafił w takie miejsce, po pierwsze miałbym poczucie znużenia i przytłoczenia wszystkim, co się dzieje wokół, a po drugie czułbym, że każdy gest i ruch, który wykonuję, jest sztuczny i wymuszony — po prostu nie mój. A ja chciałbym rozmawiać z Bogiem w swoim własnym języku. Na szczęście Matka Kościół zadbała także o swoje introwertyczne pociechy i przygotowała dla nas środowiska, w których będziemy czuć się naturalnie.
I nawet nie mam od razu na myśli zakonu kartuzów, którzy nie dość, że żyją za klauzurą i są wyłączeni z jakiejkolwiek posługi duszpasterskiej, to jeszcze zachowują milczenie (kartuzi „milczą z miłości do braci, by ci mogli w pokoju zbliżać się do Boga”). Idę o zakład, że każdy wierzący introwertyk, który musi codziennie dzielnie stawiać czoła hałasowi, tłumowi, który musi być aktywny i otwarty, bo tego wymaga od niego na przykład praca, czasem pomyśli sobie, że fajnie byłoby wieść sielankowe życie w kartuskim klasztorze na alpejskim masywie Chartreuse. Myślę jednak, że to jest złudzenie. Znam osobę, która przez jakiś czas była w zakonie karmelitańskim — twierdzi ona, że paradoksalnie w tego typu zakonach dobrze odnajdują się osoby ekstrawertyczne, a introwertycy bardziej narażeni są na depresje i inne tego typu historie, ponieważ specyfika życia za klauzurą nasila cechy charakteru.
Nie trzeba w każdym razie posuwać się do skrajności. Religijnego wyciszenia i spokoju bowiem można z powodzeniem szukać także poza zakonami. Nigdy jeszcze, szczerze mówiąc, nie byłem na tak zwanej mszy trydenckiej (czego bardzo żałuję), ale wiem, że charakteryzuje się ona między innymi tym, że jest pełna skupienia i kontemplacji, jest dużo momentów ciszy — to o wiele bardziej duchowe przeżycie niż Novus Ordo Missae. Jeżeli komuś przeszkadzają koncerty, festyny, potańcówki czy luźne spotkania młodzieżowe — a zdarza się, że teraz tak właśnie wyglądają nawet niektóre msze święte, nie mówiąc o spotkaniach grup religijnych — to msza trydencka może być strzałem w dziesiątkę. Na pewno warto kiedyś sprawdzić, czy to nie jest dla nas korzystniejsze duchowo.
Wiecie, jaka kościelna okoliczność działa na mnie najbardziej? Niestety nie msza święta, choć wiem, że powinna tak działać przez to, co się odbywa na ołtarzu niezależnie od rytualnej otoczki. Najbardziej jednak działają na mnie przyciemnione światła w kościele, tak że czerwona lampka tabernakulum wyraźnie sygnalizuje, gdzie bije Serce Boga — przykuwa wzrok i staje się najważniejszym elementem przyciągającym uwagę. Do tego kilkanaście babć w ławkach odmawiających wspólnie różaniec, zmęczonym przez życie, ale ufnym w troskliwą opiekę Matki Bożej głosem. Echo modlitwy, monotonne i rytmiczne, niesie pozdrowienie anielskie po całej sakralnej przestrzeni zamkniętej wewnątrz zimnych murów. To jest zupełnie inny świat niż krzyczące wychwalanie Pana, choć ani nie gorszy, ani nie lepszy, po prostu inny. To jest forma, w której duchowość introwertyka — a przynajmniej moja — może wreszcie zaczerpnąć z odwiecznego Źródła. Myślę też, że niezależnie od temperamentu jest to orzeźwiające doznanie.
Od początku chrześcijaństwa, a nawet wcześniej, żeby najpełniej doświadczyć Boga, ludzie udawali się na odosobnienie (tak jak ojcowie pustyni z końca III wieku), zamykali się w surowych klasztornych celach, ślubując milczenie (tak jak wspomniani już kartuzi czy kameduli), oddalali się od tłumów, by modlić się w ciszy i samotności (tak jak robił chociażby sam Jezus Chrystus), by pobyć sam na sam z Bogiem. Cisza jest jedną z najlepszych dróg do Boga. Nawet nie będę cytował konkretnych fragmentów z Pisma Świętego, które byłyby tego potwierdzeniem, bo wydaje mi się to oczywiste dla każdego. Nadmiar bodźców przeszkadza w usłyszeniu, co mówi do nas Bóg. Introwertycy, którzy unikają ich jak ognia, mają pewną przewagę — żeby nawiązać kontakt z Bogiem, wystarczy po prostu usiąść i się zamknąć, a to nasz naturalny stan.