Mniej więcej po wyborach prezydenckich, a na pewno po wyborach parlamentarnych zauważyłem, że kilku moich znajomych, którzy wcześniej nie wykazywali żadnego lub prawie żadnego zaangażowania politycznego na Facebooku, nagle zaczęło uważnie patrzeć na ręce i krytykować każde słowo lub decyzję władzy, wieszcząc rychły koniec demokracji — słusznie czy nie, na razie nie wnikam. Wszystko by było fajnie, bo jak najbardziej trzeba rządzących kontrolować, ale gdzie, do jasnej cholery, byli ci ludzie przez ostatnie osiem lat?
Można dojść do wniosku, że jesteście bardzo zatroskani o przestrzeganie Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej. Do tej pory nie byliście jednak łaskawi wyjaśnić — może kiedyś się doczekam odpowiedzi na to pytanie — jak to się stało, że nie podnosiliście równie głośnej wrzawy, gdy poprzednia władza miała głęboko w tyle prawie 50 orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Spaliście? Nie zauważyliście? Mieliście ciekawsze sprawy na głowie niż obrona demokracji i wolności, które są, jak się dziś okazuje, tak bardzo zależne od przestrzegania orzeczeń Trybunału?
Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, bardzo ważne dla was także stało się, by nie dopuścić do upolitycznienia Trybunału Konstytucyjnego, by bronić tę szacowną instytucję przed jakimikolwiek próbami zawłaszczenia. Dlaczego w takim razie nie protestowaliście, kiedy w czerwcu mijającego właśnie roku Platforma Obywatelska dokonywała zamachu na tenże Trybunał, łamiąc Konstytucję i wybierając pięciu, a nie trzech jego członków? Protestujecie za to, kiedy Prawo i Sprawiedliwość próbuje jedynie ten zamach anulować. Trudno o bardziej jaskrawy przykład moralności Kalego.
Na Twitterze napisałem jakiś tydzień temu, że za grosz nie wierzę w wasze szczytne intencje, ponieważ w ciągu minionych ośmiu lat nie widzieliście żadnego powodu, by wyrażać swoje oburzenie na portalach społecznościowych czy marszach w obronie wartości, o których dziś tak dużo mówicie. Profesor Rzepliński, zapytany, dlaczego nie protestował, kiedy PO przeprowadzała zamach na Trybunał, odparł z bezbrzeżną prostotą, że po prostu nikt go o to nie pytał. Profesor Zoll, zapytany o to samo, tłumaczył z kolei, że nie protestował, bo był zajęty pracą. Takich mamy twardych obrońców Trybunału! Do ostatniej kropli krwi będą go bronić, no chyba że akurat nikt ich o to nie zapyta lub będą mieć dużo pracy. Nawiasem mówiąc, jak słucham podobnych wypowiedzi, to autentycznie pragnę, by PiS przeorał tę instytucję dogłębnie, tak żeby rozgonić tych gości w cztery świata strony, by już nie musieć ich oglądać.
Wracam jednak do głównego wątku — jaką wy, szlachetni bojownicy o demokrację, macie wymówkę, że siedzieliście wtedy cicho i nic was to nie obchodziło? Bo jak „wasi” robią zamach, to może być, a jak drudzy odkręcają, to już faszyzm? Oczywiście nie spodziewam się od was odpowiedzi. Macie jednak gdzieś tam głęboko poukrywane sumienia, których prędzej czy później w tej sprawie — mam przynajmniej taką nadzieję — użyjecie, zadając sobie to pytanie, zanim znowu wrzucicie na Facebook wpis zapowiadający kolejny, już na pewno ostateczny, upadek demokracji.
Oczywiście w tym momencie udaję, że nie znam prawdziwej odpowiedzi. Znam ją aż za dobrze. Po prostu macie mózgi tak przeżarte wpojoną wam przez media nienawiścią do Kaczora, że jesteście w stanie dać się okradać, podsłuchiwać, fotografować fotoradarami, ograniczać swoją wolność manifestowania (pamiętacie nowelizację ustawy o zgromadzeniach publicznych?) — krótko mówiąc, pozwalacie dymać się na różne wymyślne sposoby, byle tylko nie dopuścić do władzy znienawidzonych polityków. Że chcecie robić to sobie — wasz tyłek i wasz problem. Gorzej, że chcecie robić to Polsce i innym Polakom.
To, że odstawiony od dojenia państwa establishment głupieje, da się zrozumieć, bo jak słusznie zauważył Rafał Ziemkiewicz, odrywanie gęby od koryta boli, ale że wy — wydawałoby się inteligentni, oczytani, po studiach — dajecie sobie wciskać, że tu idzie o wolność i demokrację, tego już się nie da pojąć.