Kiedy zacząłem odkrywać fascynujący geniusz chrześcijaństwa ― żeby posłużyć się frazą Chateaubrianda ― starałem się trzymać jak najbliżej najlepszych, żeby od nich się uczyć. Niemalże instynktownie przylgnąłem więc do św. Tomasza z Akwinu, swojego imiennika, a przy okazji największego teologa w dziejach Kościoła. Wszechobecny w jego dziełach postulat zaufania rozumowi nie mógł nie pociągać, gdy próbowało się wiarę zrozumieć. Dziwnymi zrządzeniami niebios następną postacią, z którą zacząłem się utożsamiać i która w tej chwili jest mi znacznie bliższa, stał się jednak św. Tomasz Apostoł. Jak do tego doszło?
Akwinata rozgryzł wiele problemów z wiarą i religią, które trapią także współczesnych. Warto tu wspomnieć ― bo sądząc po popularności argumentu, nie wszyscy sobie z tego zdają sprawę ― że przekonująco odpowiedział na tak zwany paradoks omnipotencji (wszechmocy), który często przedstawia się w formie pytania: „Czy Bóg jest w stanie stworzyć kamień tak wielki, że nie będzie mógł go podnieść?” (dla ciekawych podaję namiary na odpowiedź: Traktat o Bogu, zagadnienie 25. O potędze Boga, artykuł 3. Czy Bóg jest wszechmocny?).
Dawna i dzisiejsza apologetyka, którą lubiłem, dająca niejako z zewnątrz odpowiedzi na pytania, jest dosyć pociągająca, ale tylko do czasu i tylko w pewnym stopniu. W którymś momencie, karmiąc się logicznymi i rozsądnymi wywodami, da się zauważyć, że wszystko jest fajnie ― Bóg istnieje, ale dlaczego moje życie wygląda tak samo jak przedtem, zanim zdobyłem tę wiedzę? Dlaczego ani razu z czystą bojaźnią nie upadłem na twarz przed krzyżem, skoro Bóg uczynił dla mnie tak wielkie rzeczy? Dlaczego nie zdarzyło mi się zapłakać, gdy słyszałem Boże historie przy okazji Wielkiego Piątku? Dlaczego byle pokusa jest w stanie odwieść mnie od Źródła życia, które przecież uznaję?
Wyłuskiwanie teologicznych argumentów i odpowiedzi na pytania swoje i innych przestało mnie zadowalać, bo nic z nich nie wynikało dla mojego życia. I nie dlatego, że one były bezwartościowe. Raczej mam na myśli to, że ja nie potrafiłem się od nich odbić, a więc skorzystać z nich, jak należy. Sztuka dla sztuki ma jakiś sens, choćby estetyczny, ale teologia dla teologii jest doprawdy czymś wręcz idiotycznym. Można niewzruszenie dryfować po spokojnych intelektualnych wodach, będąc przekonanym, że to już koniec wędrówki, bo zna się odpowiedzi, ale jeśli wszystko zostałoby tylko w głowie, to byłoby to okłamywanie siebie. Prawda jest bowiem taka, że jeżeli nie zrobi się kroku dalej, to Bóg będzie co najwyżej ideą, piękną i świętą, ale ciągle ideą. A ja idei mam aż nadto i nie potrzebuję kolejnej.
Poszukiwałem więc autentycznie żywych znaków Boga, bezwzględnych śladów Jego obecności i działania, które pozwolą mi empirycznie lub chociaż emocjonalnie przeżyć to, o czym na razie „tylko wiem”, że jest prawdziwe. Bywało, że nieładnie prowokowałem. Chciałem to poczuć, bo sądziłem, że wtedy łatwiej będzie mi się zaangażować w relację z Bogiem. Oczywiście mówi się, że Bóg to nie perfumy, żeby Go czuć, ale mam wrażenie, że wiele osób potrafi wyraźniej dostrzec tę Jego obecność niż ja. I też tak chciałem. Wyszedłem z założenia, że nawet jeżeli nie jest to najlepszy sposób rozmawiania z Bogiem, to na pewno jest najszczerszy.
Przyglądając się swojemu wewnętrznie zbuntowanemu życiu religijnemu, zdałem sobie sprawę, że św. Tomasz nieco się zmienił. Odłożył gdzieś na bok grubą księgę z mądrymi odpowiedziami na nurtujące ludzkość pytania, a podniósł włócznię, będącą symbolem jego męczeńskiej śmierci. Krótko mówiąc, w moim życiu przewodnictwo duchowe po św. Tomaszu z Akwinu przejął inny św. Tomasz ― Apostoł, zwany często nie do końca precyzyjnie niewiernym, który według tradycji zginął właśnie przebity włócznią.
Święty Tomasz Apostoł zasłynął tym, że wątpił, iż pozostali apostołowie widzieli zmartwychwstałego Chrystusa. Powiedział ze szczerością i zapewne też stanowczością, że nie uwierzy, dopóki nie włoży swojego palca w miejsce przebite gwoździami (ja chyba aż tak ostro sprawy nie stawiam, ale doskonale go rozumiem). Parę dni później, gdy uczniowie znowu się spotkali, pojawił się także Jezus. Zwracam uwagę, że cała ta scena (J 20,26–29) wygląda, jakby Chrystus przyszedł specjalnie do Tomasza ― ledwo się pojawił i od razu zwrócił się wprost do niego, by spełnić warunek, od którego Tomasz uzależnił swoją wiarę. Kogoś to dziwi? Chrystus powiedział, że zostawiłby 99 owiec, żeby szukać jednej zagubionej, więc czyż tutaj mógłby postąpić inaczej?
Nawet gdybyśmy bardzo chcieli, to boimy się w sposób Tomaszowy rozmawiać z Bogiem. Boimy się, myśląc, że nie będzie z nas zadowolony, że nie odpowie, bo uzna naszą wiarę za niewystarczającą, a nas samych ― za troszczących się o głupstwa i skoncentrowanych na sobie. Chrystus co prawda powiedział po spełnieniu warunku Tomasza, że „błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”, ale nie przypominam sobie, by Tomasza odrzucił. Nie powiedział: „Słuszne będzie, gdy pozbędziemy się go z naszej drużyny, a przyjmiemy kogoś, kto lepiej wierzy. Biada temu, kto próbuje wątpić we Mnie!”.
Myślę, że pusta modlitwa jest wtedy, kiedy odklepujemy słowa powszechnie znanych modlitw, nie zastanawiając się, co właściwie mówimy. Pustą modlitwę można także odmawiać wtedy, kiedy przed Bogiem udajemy, że nie chcemy Go dotknąć, że to nam w ogóle nie jest potrzebne, podczas gdy całe nasze wnętrze dopomina się tego i tego potrzebuje. Myślę, że szczere wyrzucenie z siebie pragnień, które w nas siedzą i dopominają się zaspokojenia, ma ogromną wartość, nawet jeżeli nie jest to estetycznie piękne i dobre. Jak pokazuje przykład św. Tomasza Apostoła, stawiający warunki Bogu i proszący Go o znaki także zostają świętymi.