Kiedyś ktoś zapytał mnie, czy są takie grzechy, które popełniałem przed nawróceniem, a których nie popełniam już po nawróceniu. Zastanowiłem się dobrze, dokładnie przejrzałem w pamięci katalog swoich występków, po czym odpowiedziałem. Zaraz oczywiście napiszę, jak brzmiała moja odpowiedź na tak postawione pytanie. Wtedy zacząłem też trochę myśleć o grzechu jako takim — nie, żebym wcześniej tego w ogóle nie robił — i teraz chciałbym się podzielić z czytelnikami tym, co wymyśliłem.
Na pytanie, które przytoczyłem powyżej, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, a mianowicie — że nie ma takich grzechów, które popełniałem przed nawróceniem, a których nie popełniam teraz. Wszystko, co złego kiedyś robiłem, robię nadal, choć niekoniecznie w tym samym natężeniu i w takiej samej formie. Niewiele się niestety zmieniło, jeżeli chodzi o zakres mojego grzeszenia. Nie jestem pod tym względem przykładnym i godnym naśladowania chrześcijaninem. Dodałem jednak do swojej odpowiedzi — i to uważam za kluczowe — że są za to dobre rzeczy, które robię teraz, a których przed nawróceniem pewnie bym nie zrobił lub do których musiałbym dużo dłużej się przekonywać. Wydaje mi się, że tutaj wykazałem się dobrą intuicją na temat tego, jak traktować grzech.
Otóż dla wielu z nas, wierzących i niewierzących, grzech jest niemal najważniejszym pojęciem teologicznym. Pamiętam, że dawno temu, gdy któryś z moich kolegów powiedział coś brzydkiego (brzydkiego jak na standardy nieuświadomionego kilkulatka), ktoś inny z wielkim oburzeniem reagował, mówiąc:
— Masz grzech!
— Nie mam grzecha! To nie jest grzech — bronił się dzielnie oskarżany.
— Jest! „Dupa” to jest grzech.
To były moje pierwsze dyskusje teologiczne, skupione oczywiście wokół grzechu. Do dzisiaj myślimy o grzechu, mówimy o grzechu, pytamy: „Czy grzechem jest…?” i tym podobne rzeczy. Oczywiście każdy grzech jest z definicji czymś złym, bo poluźnia kontakt z Bogiem bądź odcina nas od Niego. Nam jednak często błędnie wydaje się, że chrześcijaństwo polega głównie na niegrzeszeniu. Dobry chrześcijanin to ktoś, kto nie grzeszy albo grzeszy na tyle mało, by nie było to widoczne. W związku z tym Kościół wymyślił różne zasady, którymi katolicy mogliby wiązać swoje żądze i nieuporządkowania, by trzymać je w ryzach i w końcu, gdzieś pod koniec swojego życia spędzonego na mordowaniu się z samym sobą, osiągnąć ideał — bezgrzeszność!
Ja to widzę trochę inaczej. W chrześcijaństwie najważniejsza jest oczywiście relacja z Bogiem, a z niej — jeżeli jest odpowiednio pielęgnowana i rozwijana — wypływa efekt w postaci niegrzeszenia lub przynajmniej ograniczenia grzeszenia, lub już w najgorszym wypadku — przekonania, że to czy tamto jest grzechem i nie jest dobrze, że to robię. Rozważania o grzechu w oderwaniu od tego poglądu są przejawem kompletnego niezrozumienia, czym jest chrześcijaństwo, bo sprowadzają je wyłącznie do zbioru reguł. A chrześcijanin według mnie nie powinien całej swojej uwagi koncentrować na tym, by przypadkiem nie zgrzeszyć. To byłoby, tak swoją drogą, strasznie uciążliwe! No i mogłoby doprowadzić do jakiejś nerwicy czy czegoś równie nieciekawego. Zamiast tego po prostu lepiej jest angażować się w jak najwięcej dobrych rzeczy. Krótko mówiąc, zamiast myśleć, czego nie robić, lepiej skupić się na tym, co robić.
Tu działa czysta matematyka (a konkretnie idea zbioru skończonego) — doba ma 24 godziny, nie więcej, z czego jakieś 78 średnio przeznaczamy na sen. Wychodzi na to, że 17 godzin pozostaje na coś, co można by nazwać ogólnie „życiem”. To grubo ponad 1000 minut. A każda minuta z tego czasu przeznaczona na czynienie dobra, jakkolwiek uznasz za stosowne, to minuta mniej przeznaczona na grzeszenie. To jest bardzo proste i skuteczne w walce z grzechem. Jest przecież powiedziane, że zło należy dobrem zwyciężać (Rz 12,21). Nie wiem, czy autor Listu do Rzymian miał także na myśli zbiory skończone, ale wydaje mi się, że nie błądzę, proponując takie podejście.
W jakiej skali traktować grzechy, powinni wiedzieć choćby ogrodnicy. Jeżeli będę miał kawałek ziemi i będę z wielką pieczołowitością wyrywał wszelkie chwasty i brzydkie rośliny, będę spryskiwał ją preparatami, by nie wyrosło na niej nic niepożądanego, a na wszelkie robactwo i paskudztwo pozakładam pułapki i wnyki, tak że mysz się nie prześlizgnie, to trudno będzie uznać tę smętną i w zasadzie martwą pustynię, to miejsce bez wyrazu, za coś wartościowego. Chrześcijanin (i ogrodnik) tak nie działa! Chrześcijanin to ktoś, kto na swojej ziemi sadzi piękne kwiaty, cieszące oko soczystymi kolorami i wabiące przechodniów nieziemskim zapachem. Oczywiście znajdą się wśród nich chwasty, których należy się jak najszybciej pozbyć, ale nie one są najważniejsze i nie na nich należy się koncentrować.
Proszę sobie przypomnieć, że nasz Bóg lubił przechadzać się po ogrodzie, „w porze kiedy był powiew wiatru” (Rdz 3,8), a na jałowej pustyni spotkać można głównie grasujące tam demony południa — przeciwników dla duchowych twardzieli. Tam też doszło do kuszenia Chrystusa przez diabła. Co więc lepiej zrobić ze swoim życiem: ogród czy pustynię?