Koniec roku sprzyjał wspomnieniom, nie tylko tym z minionego roku, ale także z lat poprzednich. W pierwszym tekście na tym blogu, zatytułowanym 50 faktów o mnie, wspomniałem w 33. fakcie, że największy stres, jaki przeżyłem w życiu, był związany z tym, że postanowiłem pewnego dnia zadzwonić do Ewy, dziewczyny, która mi się bardzo podobała. Nie przypominam sobie, bym wcześniej lub później przeżył coś podobnego. Poniżej opisana historia jest teraz dla mnie jedynie ciekawą anegdotką dotyczącą mocnego przeżycia, ale wtedy wydawało mi się, że właśnie rozstrzygają się losy wszechświata i ja stoję w samym centrum wydarzeń i decyduję, jak się sytuacja rozwinie. A wyglądało to tak…
To było jeszcze w liceum. Razem z dwoma kolegami wybieraliśmy sobie dziewczyny z równoległych klas, które nam się najbardziej podobały — takie zamknięte wybory miss naszego rocznika. Byliśmy samozwańczym jury. Każdemu w końcu wolno. Ja wybrałem ją — niewysoką blondynkę o pełnych ustach i głębokim, raczej radosnym spojrzeniu, która często nosiła bluzę z kapturem w kolorze ciemnej zieleni wiosennej (dla mnie to po prostu zielony, ale sprawdziłem odcienie tego koloru, żeby precyzyjniej przedstawić szczegóły) i chodziła w charakterystyczny dla siebie sposób, szybko stawiając małe kroki. Nie była jedną z typowych gwiazd szkoły, więc nie przyciągała automatycznie uwagi. Miała za to nienachalny typ urody i była najbardziej urokliwą dziewczyną w całym liceum. Od momentu, w którym ją wskazałem, myślałem o niej znaczenie częściej.
Nie wiedziałem o Ewie nic z wyjątkiem tego, jak się nazywa, skąd jest i do której klasy chodzi. Wiedziałem też, że lubi Ozzy’ego Osbourne’a. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, zacząłem ją sobie po prostu wymyślać (idealizować), co nigdy nie wróży niczego dobrego, bo z ewentualnej konfrontacji wyobrażenia z rzeczywistością to pierwsze wychodzi w strzępach. Były to jeszcze czasy przed upowszechnionym dostępem do internetu i portali społecznościowych, więc żeby nawiązać jakąś relację, nie było wyjścia — trzeba było wykonać konkretny ruch w tak zwanym realu lub liczyć tam na niebywały zbieg okoliczności i z precyzją kobry wyskoczyć do ukąszenia, by wykorzystać nadarzającą się szansę. Ja postanowiłem pomóc szczęściu i wziąć sprawy w swoje chude ręce. Pewnego piątku stwierdziłem, przyznając się wyżej wspomnianym kolegom, że chcę zadzwonić do Ewy i zrobię to równo za tydzień. Udało mi się zdobyć jej numer, więc nic nie stało już na przeszkodzie.
Pamiętam, że panowała wtedy zima i być może głębokie podówczas śniegi i świąteczna aura sprawiły, że uznałem niemożliwe za nie tylko możliwe, ale wręcz łatwe do wykonania. A przynajmniej takie miałem poczucie przez kolejnych sześć dni. Byłem w tym czasie spokojny i pewny swego. Nie przewidywałem większych problemów podczas dzwonienia. Codziennie myślałem o tym, co jej powiem i jak zareaguje na mój telefon — teraz wiem, że przedłużające się nakręcanie przynosi efekt odwrotny do zamierzonego i zamiast uspokajać, bardziej stresuje, gdy przychodzi co do czego. Znienacka nadszedł w końcu wielki piątek! Emocje i stres dawały o sobie znać właściwie od samego rana, za każdym razem gdy tylko przez głowę przebiegała mi myśl, że wieczorem będę dzwonił do Ewy. W domu miałem telefon stacjonarny i bardzo nie chciałem z niego korzystać, żeby nikt z domowników mnie nie podsłuchał, więc umówiłem się z Łukaszem i Dawidem (to nie są ci dwaj, z którymi wybierałem miss szkoły), że zrobię to w domu Dawida — miał nawet wieczorami wolną chatę i telefon z przenośną słuchawką, a więc warunki niemal idealne.
Siedzieliśmy w trójkę w pokoju Dawida. Wielki stres, który wtedy już odczuwałem całym sobą, był niewątpliwie wynikiem tygodniowego oczekiwania na moment prawdy, analizowania tego, co powiem, jak wypadnę i — co najważniejsze — jak Ewa zareaguje na moją śmiałą zagrywkę. Już nie byłem taki pewny powodzenia całej akcji. Właściwie nie byłem pewny niczego, bo zdawałem sobie sprawę, że mimo iż wymyśla się miliardy scenariuszy, to rzeczywistość i tak pisze historię po swojemu. Ze stresu wpadałem na przedziwne pomysły tego wieczora — pierwszym z nich było odkładanie momentu dzwonienia do kolejnej pełnej godziny. Bardzo nie lubię rozpoczynać czegoś o niepełnej godzinie, ale mówiąc szczerze, wtedy każda wymówka, która dawałaby mi choć parę minut, była dobra. Innym idiotycznym pomysłem było to, że spisałem sobie na kartce całą kwestię, którą chciałem wyrecytować do słuchawki. Nie wiem dlaczego, ale wydawało mi się, że dzięki temu będę brzmiał naturalniej i nie poplącze mi się język.
Kiedy już przyszła chwila, w której należało albo wykonać ten cholerny telefon, albo przyznać przed kolegami, że jest się większym cieniasem, niż się do tej pory okazało, zdecydowałem w końcu zadzwonić. Dawid miał wybrać odpowiedni numer na słuchawce i przycisnąć, co trzeba, po czym obaj koledzy mieli wyjść jak najszybciej z pokoju, żebym mógł bez widowni odgrywać od tygodnia trenowaną rolę Romea. Kiedy obaj wychodzili, a ja siedziałem na sofie z kartką na kolanach i słuchawką przy uchu, która podnosiła mi ciśnienie dźwiękiem łączenia, Łukasz odruchowo zgasił światło w pokoju. Przysięgam, że miałem wtedy wrażenie, iż wszystko to działo się parę minut, a nie sekundy, jak było w rzeczywistości. Nie wiedziałem, czy olać to i bez ruchu czekać, aż ktoś się odezwie w słuchawce, czy może jednak jak najszybciej wstać i zapalić światło, żeby ułatwić sobie odczytanie kwestii, nad której wymyśleniem tak bardzo się napociłem.
W słuchawce ciągle słyszałem sygnał łączenia, przerażający, jak z horroru. Za parę chwil miałem jednak okazję zostać najszczęśliwszym człowiekiem na świecie! Po krótkim namyśle wybrałem drugą opcję, czyli zapalenie światła, licząc, że będę miał jeszcze czas, by usiąść, zanim ktoś odbierze telefon. Tak się dzięki Bogu stało. Usadziwszy się wygodnie na sofie, usłyszałem — jak miałem nadzieję — przyjemny i ciepły głos Ewy:
— Słucham!
Serce chciało wylecieć mi gardłem, ale brutalnym przełknięciem śliny je powstrzymałem. Powiedziałem:
— Dzień dobry, czy mógłbym rozmawiać z Ewą?
— Tak, to ja — odpowiedziała.
To ona, to ona! Jak na razie dobrze szło, pomyślałem. Postanowiłem iść za ciosem i wytoczyć najcięższe działa: przeszedłem do swojej najważniejszej kwestii. Nie pamiętam już jej dokładnie, ale brzmiała mniej więcej tak:
— Cześć, tu mówi Tomek! Chyba mnie kojarzysz. Dzwonię, bo chciałbym się zapytać, czy miałabyś ochotę wybrać się kiedyś ze mną na spacer.
Oczywiście te słowa brzmiały w ten sposób tylko dla mnie. Byłem na tyle przejęty znaczeniem chwili i walką, w jakiej biorę udział całym swoim ciałem i duszą, że musiałem coś niewyraźnie czy za szybko powiedzieć, bo w słuchawce uroczy głos Ewy odpowiedział:
— Słucham?
Lekko wybity z rytmu i zdezorientowany powtórzyłem więc to, co miałem zapisane na kartce, ale tym razem wyraźniej. Dalszych wypowiedzi nie będę cytować, bo już ich nie pamiętam — minęło w końcu kilkanaście długich lat, a ja chyba parę razy straciłem świadomość podczas tej rozmowy. Ewa odpowiedziała, że teraz nie ma czasu i nie wie, kiedy znajdzie, ale dała mi nadzieję, której mogłem się uczepić przez weekend — powiedziała, żebym zadzwonił w poniedziałek, to mi powie, jak to będzie potem z jej wolnym czasem. Poniedziałkowa rozmowa przebiegła już spokojniej. Obeszło się bez kretyńskich ściąg z wypowiedziami. Oczywiście, jak można się domyślić, czasu nie znalazła, bo miała dużo nauki i pracy, czyli taka standardowa wymówka, którą dziewczyny wykorzystują, kiedy chcą spławić chłopaka, który czegoś od nich chce.
Dlaczego opowiadam tę historię? Na pewno dlatego, że jest ona dla mnie dosyć ważna — był to, jak wspomniałem na początku, największy stres mojego życia, który wymagał opisania, żeby gdzieś pozostał uwieczniony. Poza tym wiem, że teraz już bym zupełnie inaczej rozegrał tę całą sytuację, i wiem, że naprawdę mało jest gości, którzy by aż takie cyrki odstawiali z powodu jednego telefonu, ale jeżeli przeczyta to kiedyś jakaś dziewczyna, do której dzwonił zakochany w niej chłopak, to niech sobie pomyśli, że on być może wtedy przeżywał największy stres swojego życia, który będzie wspominał jeszcze długo po tym, jak ona zapomni o całej historii.