Generalnie raczej jest tak, że człowiek dąży do stabilizacji. Nie lubimy opuszczać naszych stref komfortu, nie lubimy nieznanego, nie lubimy niepewności, więc staramy się tak urządzić sobie życie, by mieć w nim niewzruszone punkty oparcia (stała praca, a przynajmniej regularne wynagrodzenie, pewni przyjaciele, własne mieszkanie, czy choćby ulubiony fotel przed telewizorem, który zawsze na nas czeka). Ja jako introwertyk mam tę cechę wzmocnioną. Przejawia się ona także w tym, że nie lubię niespodzianek.
Niedawno miałem 31. urodziny. Jak to bywa podczas urodzin — otrzymałem różne prezenty. W tym roku niezbyt dużo, ale to nie jest najważniejsze. Ważne jest natomiast to, że otrzymywanie prezentów jest dosyć kłopotliwą dla mnie sytuacją, ponieważ każdy, kto daje komuś prezent, oczekuje widzieć radość na twarzy obdarowanego. A tak się składa, że ja dosyć niechętnie okazuję swoje emocje i uczucia za pomocą własnego ciała. Osoby, które obdarowują mnie prezentami, mogą więc odnieść wrażenie, że nie spodobało mi się to, co otrzymałem. Nie wykazałem bowiem odpowiedniej radości. Krótko mówiąc, odczuwam dyskomfort, kiedy ktoś wręcza mi prezent, bo boję się, że na zewnątrz mogę nie ucieszyć się wystarczająco mocno, tak jak oczekuje obdarowujący.
Kiedy widzi się mnie z zewnątrz, często sprawiam wrażenie człowieka obojętnego, znudzonego, a nawet aroganckiego i patrzącego z wyższością na otaczających mnie ludzi, choć w środku oczywiście jest zupełnie inaczej. Wiem, jakie wrażenie sprawiam, bo niektórzy opowiadali mi, jak wyglądałem w ich oczach, zanim mnie poznali, a więc zanim otrzymali jakikolwiek dostęp do tego, co siedzi u mnie w środku. Zewnętrzna obojętność także wcale nie oznacza, że bez przerwy mam pokerową twarz i nie widać po mnie absolutnie żadnych emocji. W porównaniu z innymi, bardziej impulsywnymi znajomymi wypadam jednak raczej blado pod tym względem.
Prezenty, nawet jeżeli wiążą się z jakimś „przymusem” uradowania się, nie są jeszcze takie najgorsze, gdy idzie o niespodzianki. Miałem dwa razy w życiu sytuację, w której ktoś chciał zrobić mi przyjemność, dokądś mnie zabierając. Nie mówiąc przy okazji — dokąd. I to właśnie jest najbardziej przerażająca niespodzianka, jaką można mi zafundować! Dlaczego? Myślę, że z co najmniej jednego ważnego powodu. Otóż w takich sytuacjach mam obawy, że będzie to miejsce, w którym będę się strasznie źle czuł (a takich jest sporo, więc prawdopodobieństwo jest duże). Od razu uruchamia się moja bujna wyobraźnia i widzę mnóstwo ludzi, słyszę głośną muzykę, jest dużo hałasu, jestem bombardowany ze wszystkich stron milionami bodźców. Nie daj Boże jeszcze każą mi tańczyć i szaleć, robić coś publicznie, przed nieznanymi mi ludźmi (na przykład okazywać uczucia). I oczywiście musimy koniecznie tam siedzieć przez długi czas! To właśnie podpowiada mi wyobraźnia, gdy jestem prowadzony do miejsca, które ma być niespodzianką.
Wiadomo — raczej to wszystko jest mało prawdopodobne, ale jak się nie wie, dokąd się idzie czy jedzie, to można sobie wyobrazić cokolwiek, najczęściej to gorsze cokolwiek. Wtedy wymuszona radość z otrzymanego prezentu jest niczym w porównaniu z wymuszoną radością, którą musiałbym okazać, gdybym wylądował w miejscu, w którym źle się czuję i z którego najchętniej ewakuowałbym się jak najszybciej. Jestem świadomy, że sprawiłbym tym przykrość osobie, która myślała, że robi dla mnie coś fajnego. Tak więc gdy tylko uświadomiłem sobie swoje potrzeby i obawy, jeżeli chodzi o niespodzianki typu „zabiorę cię, ale nie powiem, dokąd”, to uprzedzam osoby, które teoretycznie mogłyby chcieć coś takiego zaplanować, żeby ograniczyły swoją inwencję i stawianie mnie w nieprzyjemnych dla mnie sytuacjach. Ja jestem z tych, którzy muszą się przygotować psychiczne do pewnych sytuacji, bo w przeciwnym razie o przyjemność może być trudno.
A czy jest jakiś bezpieczny i bezstresowy sposób, by zrobić takiemu jak ja introwertykowi niespodziankę? Naturalnie, nie będę wypowiadał się za wszystkich, ale jest pewien dobry sposób, który kiedyś zaproponowała moja koleżanka na studiach i który mnie bardzo odpowiada. Otóż polega on na tym, że na parę tygodni przed urodzinami dajemy sobie listę na przykład książek, które chcielibyśmy otrzymać — im obszerniejsza lista, tym lepiej. Z tej listy osoba chcąca podarować mi prezent kupuje jedną rzecz lub więcej. Dzięki temu zachowany jest — w ograniczonym stopniu, ale jednak jest — element zaskoczenia, bo ostatecznie nie wiem, co dostanę. Mam jednak pewność, że to będzie coś, co sprawi mi dużą przyjemność. Zamiast książek mogą tu również być inne rzeczy — kto co potrzebuje i czym się interesuje. Ponadto nie widzę żadnego problemu, by po prostu zapytać mnie, co chciałbym dostać albo co chciałbym robić w dniu urodzin. Zapewniam, że trafność prezentu jest dla mnie dużo ważniejsza niż element zaskoczenia.
Żeby nie wyszło, iż jestem aż takim dziwakiem, że prezenty należy mi dawać w odpowiedniej formie, powiem też, że tak naprawdę najważniejsza jest dla mnie intencja. Na pewno nie zrażę się do osoby, która będzie chciała zabrać mnie na dyskotekę (chyba że pomimo moich stanowczych odmów będzie próbowała to robić do skutku). Zamiast tego zwyczajnie docenię, że chciała mi zrobić przyjemność. Co prawda nie trafiła, bo być może nie wiedziała o moim temperamencie, ale intencja była dobra. Dla mnie to się bardzo liczy! Nawet jeżeli tego po mnie nie widać. Bardzo proszę, niech pamiętają o tym wszyscy ci, którym kiedykolwiek wydawało się, że byłem niezadowolony z czegoś, co dla mnie zrobili.