Myśl o tym, żeby zaangażować się w jakąś regularną pomoc drugiemu człowiekowi, chodziła mi po głowie od kilku, jeżeli nie kilkunastu lat. Nie chciałem, by po śmierci dowodami świadczącymi, że przejmowałem się losem bliźniego, były jedynie potwierdzenia śmiesznie małych przelewów robionych raz do roku. Uważam, że okolicznościowe zrywy, na przykład w postaci przelewów czy charytatywnych SMS-ów lub jednorazowej pomocy, są potrzebne i pożyteczne, ale dużo więcej dobra można zrobić poprzez systematyczne, konsekwentne działanie w jakimś kierunku. Oprócz tego będzie to doskonała szkoła charakteru dla nas. Oczywiście wystarczyło tylko znaleźć odpowiednią instytucję i zaoferować swoją pomoc. Proste, ale w przypadku introwertyka-domatora, jakim jestem, sprawa się nieco komplikuje.
Pierwszy raz myśl o wolontariacie przyszła mi do głowy, gdy w telewizji zobaczyłem drugą edycję krakowskiego Festiwalu Zaczarowanej Piosenki. Organizuje go Anna Dymna i jej fundacja Mimo Wszystko. Był to rok 2006. Tak się złożyło, że miałem szczęście poznać potem kilka osób związanych z tym festiwalem i dwa razy widzieć go na żywo. Pamiętam, że imponowały mi osoby, które w zielonych koszulkach z logo fundacji i z plakietkami zawieszonymi na szyjach pomagały zarówno niepełnosprawnym uczestnikom festiwalu, jak i organizatorom w sprawnym przygotowaniu imprezy. Krążyły wokół bawiących się ludzi, doglądały i sprawdzały, zawsze gotowe pomóc, gdy tylko ktoś się do nich w jakiejś sprawie zgłosi. Chciałem być taki jak oni. Miałem wtedy wrażenie — nieważne, jak patetycznie to zabrzmi — że tak jak Bóg potrzebował aniołów, żeby niejako za kulisami pomagały Mu ogarniać wszechświat, tak różnego rodzaju fundacje i organizacje potrzebują wolontariuszy. Powód ich działania i sposób pracy jest w zasadzie podobny. Wtedy naprawdę pierwszy raz popatrzyłem na wolontariuszy jako na osoby, które często w sposób niewidocznych dla świata heroicznie podtrzymują go w istnieniu. Napisałem nawet mail do fundacji Mimo Wszystko z pytaniem o to, czy mógłbym się im jakoś przydać, ale nikt nie odpisał.
Minęło kilka lat, w których praktycznie niczego konkretnego w tym kierunku nie zrobiłem. Aż w 2012 roku przeczytałem fascynującą książkę zatytułowaną Bohaterowie świętej wojny, której autorem jest Marek Balon. Była w niej opisana niezwykła historia Jeana Parisota de La Valette. Był on którymś z kolei mistrzem zakonu maltańskiego i wsławił się ochroną Europy przed muzułmanami. Maltańczycy na początku zajmowali się obroną chrześcijan i opieką nad rannymi i chorymi w szpitalach. Ciekawe jest to, że działają do dziś, jako najstarszy istniejący zakon rycerski, ale teraz głównie prowadzą działalność charytatywną. Do zakonu co prawda nie jest łatwo się dostać, ale na wolontariat — jak najbardziej. Kiedy więc wróciłem do rozmyślań o wolontariacie, postanowiłem zapukać do drzwi — uwaga, długa nazwa — Suwerennego Rycerskiego Zakonu Szpitalników Świętego Jana z Jerozolimy, z Rodos i z Malty, w zgrabniejszej formie zwanego właśnie zakonem maltańskim, maltańczykami, joannitami lub szpitalnikami.
Wspieranie tej konkretnej organizacji, w jakiejkolwiek formie, uważałbym za ogromny zaszczyt, biorąc pod uwagę jej przebogatą i fascynującą historię oraz niemożliwe do przecenienia zasługi dla Europy i chrześcijaństwa. Najbliższa ich siedziba mieści się jednak w Katowicach, a to jest jakieś 30 minut jazdy pociągiem od miejsca, w którym mieszkam. Niby niedużo, ale znam siebie i wiem, że parę razy mógłbym pojechać, będąc jeszcze rozentuzjazmowany faktem, że jestem częścią zakonu maltańskiego, a potem raz za razem znajdowałbym powód, by sobie odpuścić. I nawet nie chodzi o to, że byłyby to tanie wymówki. Po prostu na każdy taki wyjazd byłoby zapewne potrzebne pół dnia lub więcej, a bywa, że trudno wygospodarować taki czas w natłoku obowiązków. Potrzebowałem więc czegoś na miejscu, czegoś w zasięgu ręki. Pomysł, który miał zaowocować budzącym dumę uczestnictwem w historii zakonu maltańskiego, zakończył się na jednej nieśmiałej wizycie w katowickiej siedzibie Maltańskiego Ośrodka Pomocy. Chociaż nie wykluczam, że kiedyś coś…, jeżeli tylko okoliczności odległościowe będą korzystniejsze.
Potem przez kilkanaście miesięcy nic nie robiłem w sprawie wolontariatu. Czas leciał i dopiero w marcu roku 2014 przez Facebook dotarło do mnie ogłoszenie, że w domu dziecka w moim mieście (nawet nie wiedziałem, że taki tu jest) szukają wolontariuszy, którzy mogliby pomóc odrabiać dzieciakom zadania domowe. Pierwsza myśl? — Idealnie, to coś dla mnie! Druga myśl? — Ale że introwertyk do dzieci? Postanowiłem jednak spróbować. Umówiłem się na pierwszą wizytę, żeby zobaczyć, co i jak, poznać dzieci i w ogóle. Oczywiście trochę się denerwowałem, jak zawsze podczas poznawania nowych osób, tym bardziej że miałem świadomość, iż będę w centrum zainteresowania — jako tajemniczy gość, który już niedługo będzie „panem od polskiego”. Spotkanie mimo moich obaw było bardzo przyjemne. Ustaliliśmy, w które dni i w jakich godzinach będę przychodził. I tak się zaczęło.
Przez pierwsze kilka wizyt próbowałem realizować swoją wizję tego wolontariatu: dowiedziałem się, że prawie wszystkie dzieci mają tam problem z ortografią, więc stworzyłem ambitny plan nauki tejże. Miałem obmyślane dosłownie wszystko, łącznie z kolorem teczek, które im podaruję, żeby miały gdzie wpinać kolejne kartki z przygotowanymi przeze mnie materiałami, które miały być, ma się rozumieć, bardzo urozmaicone, żeby nie była to nudna nauka. Bardzo szybko jednak okazało się, że wolontariat to nie szkoła i dzieci nie mają za bardzo ochoty na ćwiczenia i naukę ortografii tuż po powrocie z niej. Trochę było mi szkoda, bo mój dokładnie przemyślany plan zakładał niezwykłe efekty w ciągu kilku tygodni, ale co zrobić… Dostosowałem się zatem do potrzeb dzieci — bo w końcu one są tu najważniejsze, a nie moje wizje, nawet jeżeli są wspaniałe i w teorii skutkują dobrymi efektami.
Jedną rzecz z tych, które wymyśliłem, udało mi się natomiast zrealizować i wyszła świetnie — krzyżówki ortograficzne. Co jakiś czas przygotowywałem dzieciakom krzyżówki, których hasłami były trudniejsze pod względem ortografii słowa. Zauważyłem, że bardzo im się spodobały takie ćwiczenia, więc co jakiś czas przygotowuję jakąś ciekawą krzyżówkę. Są bardzo pożyteczne także dlatego, że można je wykorzystać na wiele różnych sposobów, z których najlepiej udał się teleturniej, bo zaangażowanych było kilkoro dzieci jednocześnie.
Mój wolontariat w domu dziecka trwa już ponad dwa lata. Czym on jest dla mnie? Myślę, że jedną z najlepszych rzeczy, jaka przytrafiła mi się w życiu. Nie jestem przesadnie otwarty na innych ludzi, nie jestem przebojowy ani wygadany, nie tryskam entuzjazmem i energią, nie zjednuję sobie ludzi w mgnieniu oka, przez co do roli osoby mającej w pewien sposób zainspirować dzieci do zdobywania wiedzy lub zainteresować ich tą wiedzą nie pasuję może idealnie — doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Myślę jednak, że robię to, na co mnie stać. Sam z tego odnoszę pewne korzyści. Tak się składa, że pracuję w domu, nie studiuję już ani nie uczęszczam na żadne kursy, więc naturalny i przypadkowy kontakt z ludźmi mam ograniczony do minimum (co jest dla mnie akurat dość dobre), ale mimo wszystko korzystnie jest od czasu do czasu wyjść do świata, żeby nie zapomnieć, jak wyglądają prawdziwi ludzie — ten wolontariat mi to zapewnia.
Ponadto — proszę mi wierzyć na słowo — niewiele jest przyjemniejszych rzeczy niż uczucie, gdy któreś dziecko chwali się, że dostało 5 z wypracowania, które napisało z moją pomocą. Nawet gdyby traktować wolontariat wyłącznie jako okazję do rozwoju własnej osoby i sposób na urozmaicenie swojego CV, bez żadnych wzniosłych motywacji w stylu: „ratuję świat przed totalnym upadkiem”, to zdecydowanie warto o nim pomyśleć, do czego zachęcam każdego, kto dotrwał do końca tego tekstu.