Na początku, zanim poszedłem do kina na film Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów, planowałem napisać recenzję porównawczą, w której zestawiłbym produkcję Marvela z filmem Batman v Superman: Świt sprawiedliwości, który również widziałem w kinie (nawet miałem wymyślony tytuł: „Kapitan Ameryka kontra Iron Man kontra Batman kontra Superman”). Bardzo szybko z tego jednak zrezygnowałem, bo tu nie ma czego porównywać — właściwie pod każdym względem pojedynek Kapitana Ameryki z Iron Manem jest lepszy niż pojedynek Batmana z Supermanem. Zostanę więc przy recenzji tego pierwszego filmu. Nie będę zdradzał żadnych tajemnic, więc ci, którzy Kapitana Ameryki jeszcze nie widzieli i boją się spoilerów, mogą spokojnie czytać dalej.
Na wstępie muszę zaznaczyć, że moje obawy o to, iż mnogość superbohaterów będzie skutkować chaosem lub rozdrobnieniem, a każdy z nich będzie potraktowany po łebkach, byle tylko zmieścił się w historii, zostały bardzo szybko rozwiane. Może w przypadku jednego bohatera mam poczucie, że mógł być nieco częściej na ekranie (chodzi o Ant-Mana), ale nie jest to jakiś bolesny brak, który niecierpliwie domaga się wypełnienia. Całość jest świetnie wyważona — jest dużo humoru, są też emocje i dramat (ja przynajmniej odczułem to parę razy, oglądając film), a wszystko przeplatane jest naprawdę widowiskowymi pojedynkami (scena na lotnisku, którą widać w zwiastunach, jest jedną z najlepszych, jakie widziałem w kinie — chociażby dla niej warto zobaczyć ten film na dużym ekranie). Każda postać na swoje pięć minut, które wykorzystuje znakomicie. Każda ma swoje cele i motywacje, przez co nie ma się wrażenia, że ktoś jest tam niepotrzebny lub przypadkowy.
Jedną z rzeczy, na którą czeka się najbardziej w związku z tym filmem, są nowi superbohaterowie, czyli Czarna Pantera i Spider-Man. Właściwie wszyscy recenzenci podkreślają, że obaj wypadli perfekcyjnie. Ja również jestem tego zdania. Chadwick Boseman pasuje do roli szlachetnego wojownika z Wakandy jak mało kto, a oglądanie go w walce i podziwianie jego genialnego kostiumu sprawiało dużą przyjemność — doskonały badass, poruszający się niczym kot, którego właściwie nie można zranić (jego kostium jest zrobiony z vibranium). Jeżeli chodzi o drugiego nowego superbohatera, to ci, którzy bardziej siedzą w świecie komiksów, twierdzą, że w tym filmie mieliśmy Spider-Mana najbardziej zbliżonego do wersji komiksowej. Niewątpliwie duża w tym zasługa młodziutkiego Toma Hollanda, który ma szansę stać się najlepszym Spider-Manem w historii. W Wojnie bohaterów nie ma dużej roli, ale specyficzny, spidermanowy humor i to, w jaki sposób wchodzi w interakcje z pozostałymi postaciami, sprawiają, że nie ma wyjścia — musi się podobać.
Kolejną rzeczą wartą omówienia jest tak zwany villain, czyli ówny złoczyńca. Był nim niejaki Zemo, w którego rolę wcielił się Daniel Brühl. Spotkałem się już z głosami, że jest on słabym punktem filmu (miałcy złoczyńcy to niemal tradycja w produkcjach Marvela). W przypadku Kapitana Ameryki miałbym jednak pewne zastrzeżenie. Dlaczego? Filmy tego typu zazwyczaj są jednym wielkim pojedynkiem między superbohaterem a jakimś typem spod ciemnej gwiazdy i kiedy złoczyńca wypada słabo, cierpi na tym cały film. W Wojnie bohaterów natomiast osią jest zupełnie co innego — starcie między dwoma koncepcjami, według których mają funkcjonować ludzie obdarzeni szczególnymi mocami: czy mają podlegać kontroli Narodów Zjednoczonych, czy może powinni być niezależni, a więc także trudniejsi do zmanipulowania lub wykorzystania? Zemo jest tylko dodatkiem, który ma swoje powody, by trochę namieszać w szeregach dzielnych herosów. W związku z tym nie mogę uznać, że jest słabym złoczyńcą, bo w założeniu nie jest typowym villainem.
Powiem nawet więcej — wydaje mi się, że twórcy filmu dobrze to wymyślili. Gdyby złoczyńca był ważniejszą postacią w Wojnie bohaterów, istniałoby niebezpieczeństwo, że fabuła będzie wyglądać jak w filmie Batman v Superman: główni bohaterowie trochę się poobijają, ale w obliczu wielkiego zagrożenia zjednoczą siły, żeby wspólnie skopać tyłek groźnemu bandycie, i film zakończą jako dobrzy przyjaciele. Bardzo nie chciałem, żeby tak to wyglądało, i na szczęście nie wygląda. Wszystko, co wydarzyło się wokół Sokovia accords (dokumentu regulującego działania superbohaterów), w dużym stopniu zmieni uniwersum Marvela. Echa konfliktu przedstawionego w tym filmie będziemy dostrzegać zapewne jeszcze długo, w kolejnych produkcjach. I myślę, że jest to świetna wiadomość dla osób lubiących takie kino i świat Marvela, bo będzie bardziej nieprzewidywalnie.
Tylko szkoda mi trzech rzeczy: Po pierwsze szkoda mi, że wspaniała potyczka na lotnisku była trochę zbyt łagodna. Była oczywiście niesamowitym pokazem specyficznych umiejętności każdego z bohaterów, była widowiskowa, pełna akcji i tak dalej, ale czasem czuć było, że nie jest to walka na śmierć i życie. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że w całym filmie były momenty, kiedy jeden drugiego chciał po prostu zabić, więc nie jest to zarzut w stronę całego filmu. Po drugie nie było żadnego utworu, który bym zapamiętał i którego bym chciał słuchać nawet po wyjściu z kina (w filmie o Batmanie i Supermanie był — muzyka, która rozbrzmiewała, gdy na ekranie pojawiała się Wonder Women). Po trzecie — co nie jest już zarzutem wobec samego filmu — nie rozumiem, dlaczego w godzinach przedpołudniowych, kiedy najbardziej lubię chodzić do kina, nie było żadnej wersji z napisami, tylko dubbing. Rok temu, gdy do kin wchodził film Avengers: Czas Ultrona, można było obejrzeć go z napisami o każdej porze dnia. To jednak nie jest problem wpływający na moją ocenę, bo sam film jest świetną rozrywką!