Mniej więcej pół roku temu trafiłem na Facebooku na grupę dla introwertyków. Jako że przydałoby się w moim życiu więcej osób o podobnym temperamencie, to od razu się do niej zapisałem. Na początku jednak nie udzielałem się za dużo, ale z czasem wciągnąłem się w introwertyczne dyskusje o naszej naturze, problemach i ich rozwiązaniach oraz wyzwaniach codzienności w ekstrawertycznym świecie — naprawdę ciekawe i pouczające. Nigdy wcześniej tak bardzo nie zaangażowałem się w życie grupy na Facebooku, a w kilku już byłem. Niektórych ludzi tam polubiłem, do innych się zniechęciłem, jak to w życiu. Doszło nawet do tego, że z paroma osobami nawiązałem bliższy kontakt, a w pewnym momencie postanowiłem… zorganizować pierwszy śląski zlot introwertyków.
Wiem, wiem — „zlot introwertyków” brzmi trochę jak sucha woda albo kwadratowe koło. Któż z nas introwertyków nigdy w życiu nie odwołał w ostatniej chwili swojego udziału w jakimś większym spotkaniu? Ja co najmniej parę razy i jestem przekonany, że inni też. Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że zrobiliśmy tak dlatego, iż nie lubimy ludzi i nie lubimy się z nimi spotykać. W żadnym razie! Introwertycy odwołują umówione spotkania, gdy stwierdzają, że mają już bardzo mało energii, a spotkanie — jak przewidują — pochłonęłoby jej jeszcze więcej, bo albo byłoby zbyt szalone jak na ich możliwości, albo ludzie byliby zbyt ekstrawertyczni, co wiązałoby się z dużym wysiłkiem, by towarzysko próbować dotrzymać im kroku, albo trwałoby za długo — albo wszystko naraz. Wybieramy więc podładowanie baterii, żeby spotkać się z kimś nieco później. Nasz zlot mimo wszystko się udał. I udał się świetnie.
Zanim jednak o nim opowiem, należy jedną kwestię wyjaśnić. W tej chwili w grupie jest zapisanych nieco ponad 900 osób (stan na 30 sierpnia 2016). Większość z nich to zapewne introwertycy. Napisałem „większość”, dlatego że jest tam też grupa ludzi, którzy moim zdaniem nie są introwertykami, a jedynie czasem zachowują się jak introwertycy. Zakorzeniło się bowiem w wielu głowach nieprawdziwe przekonanie, że introwertyk jest smutny, nie lubi ludzi, ma fobie społeczne i nie umie budować normalnych relacji z otoczeniem. Z tego więc powodu do grupy zapisały się także osoby z depresjami, syndromem DDA, zespołem Aspergera, a nawet po strasznych i traumatycznych przeżyciach, których nie będę tu wyliczał. I na pewno są wśród nich osoby naprawdę introwertyczne, które nawet gdyby nie miały tych wszystkich problemów, to byłyby introwertykami. Część z nich jednak to nie introwertycy, co najwyżej ich zachowanie czasem przypomina typowo introwertyczne zachowania, ale wypływa z zupełnie innych źródeł.
Nie oznacza to na pewno, że żałuję, iż te osoby tam są. Wręcz przeciwnie. Jeżeli tylko obecność wśród spokojnie usposobionych introwertyków i zawarte z nimi znajomości miałyby komuś pomóc — bardzo proszę! Warto mieć to jednak na uwadze, zanim na podstawie obserwacji tej grupy uzna się pochopnie i niemądrze, że introwertyzm to problem psychiczny, ponieważ — tłumaczenia nigdy dość! — zdrowy introwertyk lubi ludzi, lubi się z nimi spotykać, lubi wychodzić z domu i cieszyć się życiem, lubi rozmawiać, lubi mówić i nawiązuje trwałe i głębokie relacje. Różnica między nim a ekstrawertykiem jest tylko taka, że robi to w innym stylu (ani lepszym, ani gorszym — po prostu innym), bo ma inaczej skonstruowane baterie z energią. Należy umieć oddzielić introwertyzm od wszelkich schorzeń, z których wynikają aspołeczne zachowania. Będąc zaopatrzonym w taką wiedzę i umiejąc dokonać tego rozróżnienia, można wybrać się do introwertycznej społeczności, by zawierać ciekawe i wartościowe znajomości.
W grupie co jakiś czas pojawiają się wątki z pytaniem o spotkanie w różnych miejscach Polski. Z reguły nic z nich nie wynika, ale tak chyba jest wszędzie, nie tylko wśród introwertyków. Kiedy już ja sam nawiązałem z kilkoma osobami z okolicy bliższą znajomość, postanowiłem wziąć sprawy w swoje chude ręce. Pomyślałem, że nie ma sensu pytać, czy robimy zlot, co organizujemy w czasie spotkania, kto kiedy by ewentualnie mógł i jakie ma pomysły, bo takie dyskusje bezsensownie ciągną się w nieskończoność. Tu potrzebne są męskie decyzje. Bardzo lubię organizować swoje wyjazdy — zawsze mam obmyślone trasy, rzeczy do obejrzenia po drodze, rozpisane pociągi, rozrysowane mapki i tak dalej. Zaproponowałem więc introwertyczną wycieczkę do Żywca (głównym punktem miało być wejście na niezbyt wymagającą górę Grojec). Uznałem, że spotkanie w barze z osobami, z których większość widzi się pierwszy raz, a w dodatku wszyscy są introwertykami, może być dosyć krępujące. Spacer natomiast umożliwia spędzenie ze sobą czasu bez ciągłej konieczności gadania, więc dla introwertyków powinna to być dużo bardziej komfortowa opcja. Zgłosiły się, łącznie ze mną, cztery osoby.
Dużo to czy mało? Myślę, że optymalna liczba osób biorących udział w tego typu wydarzeniach wynosi od czterech do sześciu. Dlaczego? Taka grupa umożliwia poznanie się i zamienienie chociaż paru słów ze wszystkimi. W większych grupach zawsze ktoś ulega pokusie trzymania się na uboczu, a przecież nie to jest celem zlotów. Jeżeli chodzi o nasze spotkanie, to wypadło bardzo dobrze — przynajmniej w mojej ocenie. Bywały krótsze lub dłuższe momenty (a nawet solidne minuty) ciszy, ale nikomu to nie przeszkadzało. Rozmawialiśmy, gdy tylko pojawił się ciekawy temat. A denerwujące pytania typu: „Dlaczego nic nie mówicie?” lub „Stało się coś?”, które introwertycy słyszą bardzo często, padały jedynie w ramach żartu, żeby podkreślić, że wyłącznie z introwertykami możliwa jest wycieczka, podczas której można bez skrępowania pospacerować w ciszy. Często więc, kiedy nikt nic nie mówił, musieliśmy z boku wyglądać dosyć komicznie, tak jakbyśmy się na siebie poobrażali. Dla mnie to była największa radość — że nie trzeba było bez przerwy kłapać dziobem, bo wszyscy się w tej kwestii doskonale rozumieli.
Ogólnie mówiąc, jestem bardzo zadowolony, że udało mi się znaleźć takie miejsce w internecie, w którym spotkać można dużą liczbę introwertyków, z którymi da się prowadzić dyskusje na wiele tematów, często kontrowersyjnych i budzących emocje, bez wyzywania się, obrażania i wyśmiewania, chociaż osoby wypowiadające się mają niekiedy skrajnie odmienne poglądy (łączy nas tylko introwertyzm, a poza tym to pełna różnorodność). Zdarzają się naturalnie małe spięcia, jak wszędzie, gdzie spotyka się co najmniej dwoje ludzi, ale nie przekraczają one moim zdaniem rozsądnej normy. Bardzo przyjemne jest dla mnie też to, że dzięki tej grupie zdobyłem paru znajomych, którzy tak jak ja nie mają ochoty spędzać weekendów na imprezach i wiedzą, że ponad ulgę mówienia jest radość — jak napisał Andrzej Poniedzielski — by mieć co powiedzieć.